Chyba trochę dramatyzował, jak na moje. Wiem, że moja praca jest niebezpieczna, ale jak na razie nie miałem zbyt wiele sytuacji, gdy których to moje życie zagrożone było. Umierać tak szybko nie miałem zamiaru. Nie, kiedy mam przy sobie tak wspaniałą Różyczkę.
– Odrobinkę przesadzasz – powiedziałem spokojnie. Widać, że raczej całe swoje życie chował się w jednym miejscu, i niewiele widział, niewielu poznał. – Swego czasu znałem półwampira. I z tego co mi opowiadał, jego rodzice bardzo się kochali, pomimo tego, że ich miłość nie trwała długo. Jego matka nie przeżyła porodu.
– To skąd wiedział, że się kochali? – zapytał, delikatnie przekrzywiając głowę.
– Po tym, jak o niej się wypowiadał. Jak ją wspominał. Więc jak widzisz, takie związki są możliwe. Może z waszej perspektywy są krótkie... ale są. A po mojej śmierci nikt nie zabrania ci pokochać kogoś innego. Nie pokochasz tak samo, jak pokochałeś mnie, ale w inny sposób, jest to możliwe. I tego ci życzę, jeśli mnie zabraknie. Zasługujesz na szczęście – wyjaśniłem, nie spuszczając z niego wzroku. – Jeśli tylko będziesz chciał spróbować takiego bardziej stałego życia, dla ciebie mogę zmienić swój tryb życia, swoje przyzwyczajenia. Myślę, że dam radę. Dla ciebie wszystko – dodałem, po czym pocałowałem go w czubek nosa.
– Żeby to było takie proste. Nie wiem, czy poza tobą dałbym radę pokochać kogoś innego – powiedział cicho, niepewnie.
– Dasz radę. Wystarczy odpowiednia osoba. Zresztą, skąd takie ponure myśli? Wiem, że mam osobowość starucha, ale jeszcze tak stary nie jestem. Trochę pożyć jeszcze zamierzam – dodałem bardziej wesoło. Nasz związek dopiero rozkwita. Mimo, że przeżył już sto pięćdziesiąt lat, dopiero zaczyna żyć uczyć się i poznawać, jak działa świat. I ja mu w tym pomogę. Mimo, że młodszy o ponad te sto lat, przeżyłem znacznie więcej od niego.
– Jak dalej będziesz wpadał na tak beznadziejne pomysły, to zaraz mogę cię stracić – burknął. A więc dalej to przeżywa... przecież to wydarzyło się kilka dni temu. Najgorsze za mną. Teraz tylko ta mała rana musi się zagoić. Gdybym się nie ruszał, nie nadwyrężał tego ramienia, na pewno już dawno miałbym ten proces za sobą, ale ja nigdy cierpliwy nie byłem w takich sprawach nie byłem. Te procesy gojenia zawsze przebiegały według mnie za wolno. Nie miałem czasu na czekanie, aż to mi się zagoi. Musiałem działać. Coś robić. Życie na mnie nie zaczeka.
– No już, nic się nie stało. Żyję, czuję się dobrze, ten psychopata został złapany, niedługo sprawiedliwości stanie się zadość... wszystko jest dobrze. Zresztą, takich skurwysynów jak ja diabli nie biorą – powiedziałem żartobliwie, chcąc wywołać uśmiech na jego twarzy. Jest bardzo miło, po co to psuć głupimi myślami? I to jeszcze tak ponurymi, kiedy nic nie wskazuje na moje szybsze odejście z tego świata.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz