Nie podobała mi się ta insynuacja z jego strony. Oczywiście, że byłem szlachcicem, i oczywiście, że nie zajmowałem się tak przyziemnymi i, szczerze mówiąc, głupimi czynnościami jak wymiana pościeli czy pranie ręczne. To jednak nie znaczyło, że nie potrafiłbym tego zrobić. Właściwie… sam nie wiem, czy potrafiłbym, bo nigdy tego nie robiłem. Widziałem jednak wielokrotnie, jak inni się za to zabierali, i nie wyglądało to na szczególnie skomplikowane. A więc to chyba nie problem? Przynajmniej tak mi się wydawało.
Kiedy Elian długo nie wracał, zacząłem się niepokoić. Szczerze mówiąc, nie miałem pojęcia, co w tej chwili powinienem zrobić. Czekać? A może zejść na dół i upewnić się, że wszystko jest w porządku? Z drugiej strony, co właściwie mogłoby się stać? Był przecież z Doną i jej córką. A jednak myśl nie dawała mi spokoju. A jeśli te dwie wiedźmy znów próbują namówić go, by mnie zostawił?
Cholera. Naprawdę nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć.
Dlatego, szczerze powiedziawszy, poczułem ulgę, gdy Elian w końcu wrócił, nawet jeśli przyniósł ze sobą tę przeklętą pościel.
- No nareszcie. Gdzie ty się podziewałeś? - Rzuciłem, unosząc jedną brew. - Zjedzenie śniadania to jedno, ale ciebie nie było znacznie dłużej. Co ty robiłeś przez prawie godzinę? Sam suszyłeś nową, świeżą pościel? A może Dona znów próbowała namówić cię do zerwania ze mną?
Przyglądałem mu się uważnie. Coś było nie tak, nie wyglądał na szczególnie szczęśliwego, raczej tak, jakby wydarzyło się coś, o czym Elian nie chciał mówić. Albo coś, nad czym bardzo poważnie się zastanawiał i wciąż nie wiedział, czy powinien mi o tym powiedzieć. Jego zachowanie było dziwne. Zdecydowanie coś się święciło.
- Hej… co się dzieje? - Dopytałem, nadal z uniesioną brwią.
- Dona zaprosiła mnie na święta - Wyjaśnił w końcu.
I wciąż nie rozumiałem jego zaskoczenia. Przecież obaj wiedzieliśmy, że to się stanie. Było niemal oczywiste, że go zaprosi. Co w tym złego? Powinien się cieszyć, ktoś o nim pamięta, ktoś chce spędzić z nim ten czas. Ludzie przywiązują do takich rzeczy dziwnie wielką wagę. Ja, czy tego chciałem, czy nie, nigdy nie będę w stanie dać mu tego, czego być może potrzebuje… nawet jeśli sam jeszcze nie potrafi tego nazwać.
- No i? - Zapytałem w końcu. - To chyba dobrze, prawda? Czy nie? - Szczerze mówiąc, sam nie byłem pewien, czy to dobra wiadomość, czy zła. Ludzkie zachowania bywają dla mnie niezrozumiałe, pełne sprzeczności i emocji, których nie potrafię logicznie poukładać. I właśnie dlatego czasem potrzebuję jego pomocy, by je pojąć.
Elian westchnął cicho, jakby nie rozumiał, dlaczego w ogóle mogę nie pojmować jego zmartwienia. Przez chwilę patrzył na mnie uważnie, po czym odłożył pościel na bok, jakby nagle przestała mieć jakiekolwiek znaczenie.
- Nie mogę tam pójść sam - Powiedział w końcu. - Nie… nie bez ciebie. - Zmarszczyłem brwi, wyraźnie zaskoczony.
- Ale dlaczego nie? - Zapytałem. - Przecież ja nie obchodzę świąt. Ty natomiast możesz dobrze się bawić w towarzystwie innych, takich jak ty. Bardziej ludzkich. Bardziej żywych. - Zawahałem się na ułamek sekundy, po czym dodałem ciszej. - Ja, jako wampir, nigdy nie dam ci tego, co mogą dać ci ludzie. To dobra okazja, żebyś po prostu spędził czas z bliskimi. Cieszył się ich obecnością. - Naprawdę nie rozumiałem, dlaczego tak bardzo się przed tym wzbraniał. Dla mnie było to niemal oczywiste, naturalne, wręcz wskazane. Święta, ciepło, wspólne posiłki, rozmowy pełne emocji… wszystko to, co ludzie uznają za ważne i czego ja nie potrafiłem w pełni pojąć. A jednak Elian patrzył na mnie tak, jakbym właśnie zaproponował mu coś niewłaściwego, chociaż nie mam pojęcia dlaczego.
<Elianie? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz