To był naprawdę głupi pomysł.
Przecież jeśli będę polował, nie zrobię tego w pobliżu gospody. Odejdę jak najdalej, zniknę w lesie, tam gdzie nie sięga światło lamp ani ludzki wzrok. I dlaczego, na wszystkie duchy nocy, jakiś pijany mężczyzna miałby za mną podążać? Owszem, wiem, że jestem piękny, ale czy to automatycznie oznacza prześladowanie? Nie wydaje mi się. To absurd, zdecydowanie za bardzo przesadza i dopowiada sobie rzeczy, których dopowiadać sobie nie powinien.
Poza tym on jest zmęczony. Prawie zasypia. Nim ja wyjdę, on zdąży pogrążyć się w głębokim śnie, byłem tego niemal pewien. Nie ma mowy, żeby mnie usłyszał. Jest wyczerpany, senny, a jego rana i zioła które wziął robią swoje. Ja natomiast nie wydam najmniejszego dźwięku. Wyjdę cicho, jak cień.
Gdy nadejdzie odpowiedni moment, opuszczę gospodę, napiję się krwi jakiegoś zwierzęcia i wrócę niezauważony. Tak przynajmniej wyglądał plan. Taką miałem nadzieję.
- Kto niby miałby mnie zaskoczyć?
Usłyszałbym go z daleka. Słyszę znacznie lepiej niż ty, czuję każdy oddech, każdy krok, a przede wszystkim krew płynącą w żyłach ludzi i zwierząt, zanim jeszcze pojawią się w moim zasięgu. Nikt nie byłby w stanie mnie podejść. Nikt. - Mruknąłem, patrząc z uwagą w jego oczy. - Nie da się mnie zaskoczyć - Stwierdziłem cicho, wtulając się mimowolnie w jego ciało.
Tak, oczywiście, miałem zamiar wyjść niedługo. Jeśli się poruszę, prawdopodobnie go obudzę, zdawałem sobie z tego sprawę. A jednak… bardzo chciałem jeszcze chwilę zostać. Przytulić się do niego. Poczuć jego ciepło, jego zapach. Po prostu być blisko.
I w jakiś naiwny, instynktowny sposób, chronić go. Na tyle, na ile potrafię. Nawet mimo głodu. Nawet mimo zmęczenia.
- Wiesz, że ci nie odpuszczę? - Mruknął, a ja odruchowo drgnąłem. - Krwi nie chcesz pić. Dobrze, rozumiem. Faktycznie źle się czujesz. Możesz mieć mnie na sumieniu - Dodał spokojnie, aż nazbyt spokojnie. - Ale jeśli chodzi o dopilnowanie twojego bezpieczeństwa… pójdę tam z tobą. Choćby nie wiem, co się działo. - Wsuwając mimowolnie nos w moje miękkie włosy, przypieczętował swoje słowa gestem, który był jednocześnie czuły i stanowczy.
Westchnąłem ciężko.
- I to ja jestem uparty jak osioł… - Mruknąłem pod nosem, nie wiedząc już, czy dalsze kłócenie się ma jakikolwiek sens.
On trwał przy swoim. Ja przy swoim.
Bezsensowna gra w kotka i myszkę, tylko że w tym przypadku naprawdę nie wiedziałem, kto jest kim.
- Jestem uparty, bo gdybyś wypił moją krew, nie musiałbym się poświęcać dla twojego dobra - Stwierdził. A to mi się nie spodobało. Ani trochę.
To był szantaż. Delikatny, ubrany w troskę, ale jednak szantaż. Miałem wybór, który nie był wyborem wcale: Albo piję jego krew i osłabiam go, albo nie piję i zmuszam go, by poszedł ze mną na dół, narażając się niepotrzebnie.
Ani jedno, ani drugie nie wchodziło w grę.
- To jest szantaż - Burknąłem, pusząc policzki z wyraźnym niezadowoleniem wypisanym na twarzy. - Gdzie się nie obrócę, i tak zostaję… wyruchany. - Burknąłem niezadowolony.
Nie cierpiałem takich gier. A już na pewno nie wtedy, gdy w grę wchodził ktoś, na kim mi zależało bardziej, niż chciałem się do tego przyznać.
<Elianie? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz