poniedziałek, 15 grudnia 2025

Od Eliana CD Serathiona

 Brakowało mi tego drobnego przekomarzania się. I jego obecności. Tego charakterystycznego chłodu ciałka, kiedy się do niego przytulałem. No i tego zapachu. Dobrze, że wyszedłem wcześniej z tego szpitala, nawet jeżeli powinienem jeszcze tam zostać na obserwacji. 
– Ja swoje odbicie widziałem. Bo mogę, w przeciwieństwie do ciebie – przypomniałem mu, gładząc jego policzek. Muszę jak najszybciej wyzdrowieć, by mógł zacząć pić normalnie moją krew. Szkoda, że nie mogę mieć na to jakiegoś większego wpływu. Że nie mogę tego przyspieszyć. Że wszystko, co mogę robić, to pic zioła przeciwbólowe, i spać. Już chciałbym mieć siłę, by chociażby móc spędzić z nim normalnie czas. 
– Cóż, jestem tak piękny, że zwykłe lustro nie wytrzymałoby mojego spojrzenia – odpowiedział, poprawiając swoje włosy z nonszalancją. 
– Zwykłe lustro nie jest cię w stanie znieść, ale moje oczy już tak? – spytałem, unosząc jedną brew. 
– Widzisz, jesteś niezwykły. Nie to co jakieś głupie lustra – odpowiedział, opierając głowę o moje ramię. 
– Przynajmniej łączy nas głupota – powiedziałem i ziewnąłem szeroko, nim w ogóle miałem szansę nad tym zapanować. 
– Herbata wypita? Rana mniej boli? To powinieneś się położyć – zasugerował, co brzmiało naprawdę zabawnie. 
– Brzmisz jak mama – zauważyłem, patrząc na niego trochę rozczulony. 
– Jeżeli brzmię jak mama, to i masz się mnie słuchać – powiedział tonem nie znoszącym sprzeciwu. Uśmiechnąłem się delikatnie, zdecydowanie wczuł się w rolę. 
– Z wielką chęcią, mamo – odpowiedziałem, mając za bardzo sił na udawanie, że czuję się dobrze. Szybko dokończyłem tę obrzydliwą, fusiastą herbatę, a następnie położyłem się na łóżku. Mimo, że bardzo korciło, nie mogłem go chwycić i do siebie przytulić. I tak niedługo będzie wychodził się posilić, i tak... nie podobało mi się to. Bałem się, że może wpaść. Że będzie za dużo świadomie. – Może powinienem do nich zejść... – mruknąłem, powiedziawszy to na głos. Nie planowałem tego. Nie chciałem tego. 
– A po co? Myślałem, że męczy cię ich obecność – odpowiedział, marszcząc brwi. 
– Martwię się, że możesz mieć za dużo świadków. A gdybym zszedł, i spędził z nimi ten czas, pogadał, nie chcieliby wychodzić. Ja bym się nieco pomęczył, jakoś to przetrwał, a ty spokojnie mógłbyś spokojnie polować – wyjaśniłem spokojnie, patrząc na niego z nieukrywanym zmartwieniem. Wiem, że da sobie radę. Jest cwany, jest mądry... ale po co ma się męczyć, a ja zamartwiać? To nie jest głupie. Może teraz nie mam ochoty, ale zaraz? Zaraz mi się na pewno zachce. 
– Ten pomysł jest tak samo genialny jak ten z tym psychopatą, by cię zabił – mruknął, nie do końca przekonany. Cóż, moją krew mu odpuściłem. Ale tego jednak nie odpuszczę. Chcę mu pomóc, jak on pomagał mi. Chociaż tyle będę mógł dla niego zrobić. 
– Martwię się, że ci pijący będą się kręcić i któryś cię zaskoczy. Chociaż w tej sposób ci mogę pomóc, przytrzymam ich tak długo, jak tylko będę mógł – wzruszyłem ramionami, nie mając z tym problemu. 

<Różyczko? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz