piątek, 5 grudnia 2025

Od Soreya CD Mikleo

 Kiedy otworzyłem oczy, było jakoś tak... ciemno. I zimno. Rozejrzałem się niepewnie dookoła czując, jak ktoś się do mnie mocno przytula. Miki... dalej przy mnie trwał? Strasznie musiał być zmęczony, i psychicznie, i fizycznie. Moje biedactwo... i to tylko moja wina. Powinienem lepiej się nim zająć, poświęcić więcej czasu. A ja co? Zasnąłem. Tak nie powinno wyglądać. Chociaż jego namówiłem na sen... to mu się bardzo przydało. 
Mimo, że chciałem się ruszyć, nie mogłem. Miki spał tu przy mnie, więc tym bardziej nie mogłem. Musiał wypocząć, a kiedy już się przebudzi, to i ja w końcu rozprostuję kości. I rozpalę. Hana potrzebuje ciepła, tak samo, jak ja. Znaczy się, ja nie potrzebuję, mnie temperatura nie obchodzi, no ale wolę, jak jest ciepło. Napalić muszę ze względu na nią, i zwierzaki, a nie siebie. 
Patrząc w nikły zarys sylwetki mojego męża zacząłem myśleć nad tym, jakim to jestem szczęściarzem, że mam właśnie jego. I że jestem w stanie kochać. Wiele demonów nie potrafi. Ja... w pewnym momencie też miałem z tym problem. Pierwsze tygodnie, kiedy uczyłem się żyć z do bólu dobrym aniołkiem było męczące. Ale chyba się już tego nauczyłem. Naprawdę jestem wdzięczny za możliwość kochania. Za to, że patrzę na to drobne ciało, i serce bije mi szybciej widząc każdy drobny uśmiech. Że chcę bronić jego i moich najbliższych przed każdym niebezpieczeństwem, za cenę swojego życia, które nie jest tak wartościowe, jak właśnie ich. 
Mikleo w pewnym momencie się obudził; najpierw poruszył się niepewnie, po czym otworzył swoje oczy. Światło księżyca padało wprost na jego twarz, i jego ametystowe oczy wyglądały cudownie w takim chłodnym świetle. On w ogóle cały był piękny... jak ósmy cud świata. Nic dziwnego, że on tak bardzo przyciąga demony. Ma cudowne, czyste serce, słodką twarz i piękne ciało. Był idealny, w każdym znaczeniu tego słowa. 
– Dobry wieczór. Lepiej się czujesz? – spytałem cicho, gładząc jego plecy. 
– Mhm... Potrzebowałem tego – przyznał cicho, poprawiając swoją głowę tak, by położyć policzek na mojej klatce piersiowej. 
– Oczywiście, że tak. Przecież ci o tym mówiłem, ale nie chciałeś mnie słuchać – odpowiedziałem, tuląc go mocno do siebie. Był chłodny... to dobrze. Był zdrowy, i psychika też się trochę uspokoiła, a to było dla mnie najważniejsze. – Dom nie spłonął, nikt podczas gotowania nie ucierpiał... widzisz? Za bardzo się martwiłeś. 
– Pierwszy raz same coś w kuchni robiły, oczywiście, że się martwiłem... drżysz – zauważył zmartwiony w pewnym momencie. – Zimno ci? Rozpalić kominek? 
– Wiesz, że sam mogę to zrobić? I miałem taki zamiar, tylko czekałem, aż wstaniesz – powiedziałem zgodnie z prawdą. 
– Zatem już cię nie będę powstrzymywać – odpowiedział, schodząc ze mnie. Od razu wykorzystałem ten moment i rozciągnąłem się leniwie. Oj, potrzebowałem tego. Kanapa zbytnio wygodna nie była. W może to ja po prostu odwykłem od spania? 
–Rozpalę ogień i możemy dalej leżeć. Chyba, że masz na coś innego ochotę. Dla ciebie jestem w stanie zrobić wszystko – obiecałem, podnosząc się na równe nogi. 

<Owieczko? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz