Dni powoli mijały, a ja trochę już nauczyłem się żyć z naszymi dziećmi. Byłem potwornie zmęczony, niewyspany, dzieciaki budziły się równo co dwie godziny, więc i mój sen był przerywany. Miałem jednak wsparcie w moim mężu, który cierpliwie przy mnie trwał i pomagał. Też był zmęczony, widziałem to po nim, chociaż nie był tak bardzo zmęczony, jak ja, ale to pewnie jego wilcze geny sprawiają, że łatwiej mu się odnaleźć w tej sytuacji. Także jego mama była dla mnie nieopisanym wsparciem. Pomagała nam nie tylko przy przewijaniu, lulaniu i ogólnie opiece, ale i za każdym razem upewniała się, jak się czuję, zagadywała mnie, pytała o moje emocje, o których ciężko było mi z nią rozmawiać. Ogólnie nie potrafiłem rozmawiać o emocjach. Z Haru jeszcze potrafiłem rozmawiać, chociaż nie raz miałem problem z tym, by jasno powiedzieć moje emocje. A z tą kobietą? Nie znałem jej tak dobrze, jak mojego męża, otworzenie się przed nią było dla mnie pewną trudnością, nie zmieniało to jednak faktu, że byłem jej naprawdę wdzięczny. Przy narodzinach to dzieci zgarniają największą uwagę, a matka pozostaje gdzieś z tyłu. Ona sprawiła, że czułem się zauważony.
Moja babcia też była obecna przy dzieciach, co trochę mnie martwiło, nie ukrywałem. Chyba podświadomie martwiłem się, że może im zrobić krzywdę, umyślnie, nieumyślnie... aż tak jej nie ufałem. Zawsze starałem się pilnować, by ktoś jeszcze był obok, by ją pilnował, dzięki czemu mogłem być choć trochę spokojniejszy.
Była jeszcze jedna sprawa, która mnie niepokoiła. Urodziny Haru, które zbliżały się niebłagalnie, a ja nie miałem absolutnie żadnego pomysłu. Siebie nie mogłem, bo nie byłem w stanie. Dalej nie czułem się na siłach, ani nie prezentowałem się najlepiej. A kupić? Co mogłem mu kupić? Przecież miał tu wszystko, co tylko chce. Impreza też odpada, robiłem mu ją przecież w zeszłym roku, a czułem, że właśnie tego będzie potrzebował, chwili przerwy ode mnie, od dzieci... może jednak powinienem przygotować mu przyjęcie? Ale takie bardzo kameralne. On, jego przyjaciel, najbliżsi kumple z pracy... nie wynajmowałbym już całego lokalu, a po prostu z góry opłacił ich picie. Był to pomysł dosyć słaby, bo powtarzalny, jednakże nie miałem siły o tym myśleć za dużo. Chciałem, by czuł się doceniony w tym dniu. Odpoczął. Mógł skupić na czymś innym, niż tylko ja i dzieci. Im więcej się nad tym zastanawiałem, tym bardziej sam zazdrościłem mu takiego wyjścia. Też bym chyba chciał gdzieś wyjść... albo po prostu przespać jeden cały dzień. Było to niemożliwe, kto w końcu nakarmiłby moje dzieci? Poza tym, to moja odpowiedzialność i nie mogłem jej przerzucić na kogoś innego.
Im dłużej jednak nad tym myślałem, tym mniej mi się jednak ten pomysł podobał. Znów to samo? Ileż można. Powinienem co roku prezentować mu co innego, a ja już odpadałem. Doprawdy, okropny jestem. Powinienem zatem wyciągnąć moją broń ostateczną.
- Powinniśmy porozmawiać – powiedziałem któregoś dnia, odkładając do łóżeczka śpiącą Sayuri. Cieszyłem się, że w końcu przyszły te kołyski, w końcu dzieciaki mają miejsce dla siebie. - O bardzo ważnej sprawie.
- Co się stało? - spytał z lekką obawą, podchodząc do mnie.
- Na razie nic, ale za dwa tygodnie coś się wydarzy. Twoje urodziny. A ja... nie wiem, co ci dać. Tak więc, co byś chciał dostać? Tak, żebym mógł ci to oczywiście dać. Myślałem nawet nad przyjęciem, ale przecież była rok temu i... nie wiem. A może chcesz się spotkać w tym dniu z tym swoim przyjacielem? Kurde, nie pamiętam, jak on miał na imię, coś na „L”... dawno się z nim nie widziałeś. A może potrzebujesz odpoczynku? Zarezerwować ci tydzień w jakimś... sam nie wiem, zajeździe? O, albo na gorące źródła? Odpocząłbyś trochę – zaproponowałem, czekając na jego odpowiedź. Niech tylko mi spróbuje wyskoczyć z „ja nic nie chcę”, „ty mi wystarczasz”, bo chyba się obrażę.
<Piesku? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz