piątek, 6 marca 2026

Od Mikleo CD Soreya

Było mi naprawdę źle z tym, co się między nami wydarzyło. Chciałem tylko porozmawiać z nim spokojnie, wytłumaczyć, że nasze dzieci są takie jak my, popełniają te same błędy, o których my po tylu latach sami już nie pamiętaliśmy. Wiem przecież, że nasze dzieci to nie my i wcale nie muszą powtarzać naszych porażek, ale czasem życie uczy w okrutny sposób. Jeśli nie popełnisz pewnego rodzaju błędu, nigdy nie zrozumiesz, dlaczego chronimy innych przed światem. Uważam, że choć bywa to bolesne, nasze dzieci powinny uczyć się na własnych doświadczeniach, sparzyć się kilka razy, by naprawdę pojąć świat, w którym żyją.
A ja? Miałem przecież nie wtrącać się w całą tę sytuację. Nie odezwałem się ani słowem, kiedy dzieci rozmawiały z ojcem. Chciałem tylko dojść do jakiegoś konsensusu, znaleźć wspólną płaszczyznę w całej tej sprawie, a w zamian usłyszałem krzyk, falę złości, której tak bardzo się bałem. Wiedziałem, że potrafi być agresywny, kiedy coś wyprowadzi go z równowagi, i pamiętałem te chwile, kiedy raz za bardzo go zdenerwowałem. Nie chciałem kolejnych dziur w ścianie. Nie chciałem, aby ta agresja znalazła swoje odbicie także we mnie.
Siedziałem nad wodą, czując, że tylko tu mogę odetchnąć. Kochałem mojego męża i chciałem, by był ze mną, nawet jeśli czasami w jego oczach dostrzegałem demona. Jednak bolało mnie, gdy powtarzał, że nie powinien tu być, że tak naprawdę nigdy nie powinniśmy być razem. Mówił to w sposób tak obojętny, jakby był ze mną tylko dla zasady, bo ja tego chciałem, a on sam już nie. Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo mnie tym wszystkim rani.
Psotka nagle zaczęła głośno warczeć, ale nie zwróciłem na to większej uwagi. Często tak się zachowywała na spacerach, szczekając i biegając między drzewami, wyczuwając niewidoczne dla nas zwierzęta. Jej energia była jedyną rzeczą, która teraz dodawała mi sił.
- No proszę, anioł?.. tego akurat nie spodziewałem się tu spotkać - Usłyszałem głos demona, uderzający w moje uszy. Podniosłem się powoli, napotykając spojrzenie jednego z tych bardziej obrzydliwych paskud.
- Czego tu chcesz? To nie twoje tereny - Mruknąłem, starając się brzmieć pewnie, choć w środku czułem ucisk w żołądku. Wiedział, że nie jest u siebie. Wiedział, że nie powinien tu stawiać stóp. A jednak, mimo wszystko, był tu… chyba próbował mnie zaatakować albo nastraszyć, sam już nie wiedziałem. Jedno wiedziałem na pewno: nie byłem przygotowany na takie zakończenie tego i tak już przeklętego dnia.
Mężczyzna ruszył w moją stronę z uśmiechem, który tylko pogłębił moje zdziwienie i strach. Musiałem się bronić, starając się nie dać mu szansy, by mnie skrzywdził. Każdy jego ruch obserwowałem z maksymalną uwagą, choć mój umysł, sparaliżowany mieszanką emocji, ledwo nadążał za tym, co się działo. Czułem, jak adrenalina wypełnia ciało, a serce bije tak mocno, że zdawało się, iż zaraz wyskoczy z piersi. Każdy krok, każdy gest mogły zadecydować o wszystkim…
Byłem w pełnej gotowości, jednocześnie próbując zachować zimną krew. Nie mogłem pozwolić, aby gniew, strach czy impuls przejęły nade mną kontrolę, wiedziałem, że w tym momencie każde potknięcie może kosztować mnie moje własne życie.
A jednak, mimo całego mojego skupienia, nie byłem w stanie nadążyć za jego ruchem. Był zbyt szybki. Zanim zdążyłem zareagować, poczułem ostry ból, jakby coś ostrego rozdarło powietrze. Jego pazury wbiły się w mój brzuch, unieruchamiając mnie w miejscu.
Powietrze uciekło z moich płuc, a ciało natychmiast zdrętwiało z bólu i szoku.
- Ależ ty jesteś słodziutki… - Wyszeptał tuż przy moim uchu.
Zanim zdążyłem się wyrwać, poczułem jego zęby wbijające się w mój kark. Ból był ostry i nagły, a po chwili poczułem, jak ciepło krwi spływa po skórze. Dla niego była ona najwyraźniej czymś słodkim czymś, czego pragnął.
Próbowałem się szarpnąć, odepchnąć go, ale moje ciało przestawało mnie słuchać. Siła powoli ze mnie uchodziła, jakby wraz z każdą kroplą krwi zabierał ze mnie także resztki energii.
W głowie wciąż dudniła mi tylko jedna myśl:
Nie mogę tak skończyć.
Ostatkiem swoich sił użyłem mocy która odepchnęła demona. I chodź mogłem uciekać, moje osłabione ciało ugięło się pod moim ciężarem, a ja wpadając do wody opadłem na same dno zamykając zmęczone oczy..

<Pasterzyku? C:> 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz