wtorek, 24 marca 2026

Od Soreya CD Mikleo

 Słuchałem go z uwagą, każdego słowa, i nie spuszczałem z niego chociaż na sekundę. Niekoniecznie się z nim zgadzałem. Ja miałem tylko złe dni. Tylko ja byłem tym złym. Byłem przy nim, bo między innymi to dla niego zszedłem na tę drogę. Jestem przy nim, bo tylko ja mogłem ich obronić. Tylko to było we mnie dobrego, i tylko w ten sposób mogę to wykorzystywać. Ale właśnie, powinienem tylko ich bronić. Trzymać się z dala... ale nie potrafię. Kiedy się oddalam, to coś się dzieje. I jak tu żyć? Gdyby tylko Mikleo zechciał ode mnie się odsunąć, zostawić mnie za sobą, pewnie jego życie wyglądałoby lepiej. Uparciuch. Krzywdzi sam siebie. 
- Nie wiem, kiedy były te lepsze dni. I gdzie widzisz te moje zalety – wzruszyłem ramionami, ostrożnie odwracając się od niego. 
- Chociażby w tej czekoladzie – odpowiedział, unosząc lekko swój kubek. Zmarszczyłem brwi. Kompletnie go nie rozumiałem. 
- A co w tej czekoladzie jest takiego wyjątkowego? Zrobiłem ją jak zawsze. Może dodałem nieco więcej dodatków, no bo były, ale wkrótce będę musiał pójść na zakupy, kupić trochę mięsa, i tego wszystkiego... - już zacząłem planować cały następny dzień. Trochę się obawiałem tego, że jak opuszczę dom, to ktoś może ich zaatakować... znów. Wiem, że Banshee jest tu oczywiście, ale czy da sobie radę? Lepiej się czuję, kiedy jestem tu obok, i mam pełną kontrolę, zwłaszcza nad stanem Mikleo. Czuje się już troszkę lepiej, więc pewnie zaraz może zacząć kombinować. Ja na pewno bym zaczął, ileż w końcu można leżeć i polegać na innych? 
- Ale zrobiłeś ją z myślą o mnie i dla mnie. To naprawdę czuć – odpowiedział z tym delikatnym uśmiechem na ustach. Poprawiłem jego kosmyk, wpatrując się w niego z delikatnym uśmiechem. Był strasznie blady, co chyba jest normalne, kiedy stracił tyle krwi. Gdybym tylko mógł jakoś mu pomógł... ale nic nie mogłem. W żaden sposób nie mogę sprawić, by jego ciało zaczęło szybciej tę krew uzupełniać. Trzeba tu czasu, i spokoju. A jak tylko się poczuje lepiej, czeka mnie chwilowa wyprawa do piekła. Crowley nie dotrzymuje swoich postanowień. Tak być nie może. Tym razem mój mąż przypłaciłby za to życiem. 
- Chyba trochę przesadzasz. Chciałem coś ci dać od siebie. Troszkę poprawić humor, samopoczucie, chociaż nie wiem, czy tyle cukru przy takim ubytku krwi jest zdrowe – delikatnie się skrzywiłem. Ależ ja głupi jestem. Powinienem... co mu powinienem dać, jak nie czekoladę? Może wino czerwone? Słyszałem kiedyś, że jest wino dobre na krew... ale czy to o to chodziło? I czy dobry pomysł, by dawać mu wino? Przecież on by mi tu zaraz padł. Jakiś posiłek może...? 
- Na szczęście ja, jako anioł nie muszę się przejmować, czy coś jest zdrowe dla mnie czy niezdrowe, a ważne jest dla mnie tylko to, czy jest smaczne – poprawił kota, który mu wszedł na kolana. I tak powinno być, może obecność Wąsika mu trochę pomoże. - Położysz się obok? - poprosił, a ja co miałem zrobić? Powiedzieć mu nie?
- Jeśli tego bardzo chcesz, położę się obok. Dla ciebie wszystko – odpowiedziałem, niepewnie zajmując miejsce obok niego. Ostrożnie też przytuliłem go do siebie, gładząc jego ramię. 

<Owieczko? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz