niedziela, 29 marca 2026

Od Mikleo CD Soreya

Czując jego obecność tuż przy sobie, wtuliłem się w niego jeszcze mocniej, jakby ten gest mógł zatrzymać czas i oddzielić nas od wszystkiego, co złe. W jego ramionach odnajdywałem bezpieczeństwo, nie tylko to fizyczne, namacalne, ale przede wszystkim to ciche, głęboko zakorzenione w duszy. Przy nim świat przestawał być chaotyczny, a moje myśli wreszcie milkły.
Dla mnie był wszystkim. Był smutkiem i żalem, które uczyły mnie czuć głębiej, ale też radością i spokojem, których tak bardzo potrzebowałem. Był moim demonicznym aniołem sprzecznością, której nie potrafiłem ani zrozumieć, ani się jej oprzeć. Moją gwiazdą na nocnym niebie, jedynym światłem, które prowadziło mnie nawet wtedy, gdy wszystko inne pogrążało się w ciemności.
I choć wiedziałem, że odkąd stał się demonem, nie powinniśmy być razem, że nasza miłość stoi wbrew wszystkiemu, co rozsądne i bezpieczne, nie potrafiłem sobie wyobrazić życia bez niego. Był częścią mnie, moim oddechem, moją siłą i moją słabością jednocześnie.
Kochałem go. I wiem, że kochać będę nadal, bez względu na to, kim naprawdę jest. Bez względu na to, jak bardzo świat będzie próbował nas rozdzielić.
Gdy tylko wtuliłem się w ciało mojego męża, moje oczy same powoli się zamknęły, a ja odpłynąłem do krainy Morfeusza. Nie czułem już nic, ani strachu, ani psychicznego dyskomfortu, ani tego wewnętrznego bólu. Został tylko spokój i ciepły, otulający komfort, którego tak bardzo potrzebowałem u jego boku.

Po dwóch dniach poczułem się naprawdę znacznie lepiej. Mogłem normalnie chodzić, normalnie funkcjonować, wszystko zaczynało wracać na swoje miejsce, tak jak być powinno.
Rano, gdy tylko otworzyłem oczy, zdałem sobie sprawę, że jak na mnie spałem wyjątkowo długo. Dzieciaki już dawno wyszły do szkoły, a ja zamiast zająć się czymś konkretnym, dalej leżałem w łóżku, nie mając najmniejszej ochoty na pracę. Ogarnęła mnie ogromna chęć na zwykłe, błogie lenistwo.
Choć, jeśli mam być szczery, wolałbym dzielić to lenistwo z moim mężem. Niestety, nigdzie go nie było. Najprawdopodobniej, podczas gdy ja wylegiwałem się w łóżku, on zajmował się domem, zwierzakami, wszystkim, czym tylko się dało, żebym mógł jeszcze przez chwilę odpocząć.
Najwspanialszy mąż na świecie. Naprawdę nie mam na co narzekać.
Sorey zjawił się w naszej sypialni jak na zawołanie, jakby wyczuł, że już nie śpię. To było naprawdę miłe, nie ma nic przyjemniejszego niż zobaczyć z samego rana kogoś, kogo się kocha.
- Dzień dobry, owieczko. Przyniosłem śniadanie, żebyś mógł zregenerować siły. Mam nadzieję, że będziesz zadowolony z tego, co dla ciebie przygotowałem - Powiedział, podając mi tacę pełną słodkości. A to zdecydowanie było coś, co lubiłem najbardziej.
- Dzień dobry… i dziękuję. Jak miło zacząć dzień, kiedy ktoś przynosi ci śniadanie - Odpowiedziałem, a na mojej twarzy pojawił się ciepły, pełen radości uśmiech.
Patrzyłem na niego jeszcze przez chwilę, nie mogąc oderwać wzroku. Był tuż obok, tak zwyczajnie, a jednocześnie dla mnie znaczyło to wszystko. W takich momentach miałem wrażenie, że nic więcej nie jest mi potrzebne. Tylko on, ja i pyszne słodziutkie śniadanie...

<Pasterzyku? C:> 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz