Miał rację, zdecydowanie. Kiedy byłem głodny, przestawałem być sobą. Każde słowo potrafiło mnie drażnić, każda drobnostka wbijała się pod skórę jak cierń. Dlatego milczałem. Zagryzałem zęby, tłumiłem w sobie wszystko, co tylko mogło się ze mnie wyrwać. Nie chciałem się kłócić. Nie chciałem skrzywdzić Lidii, ani słowem, ani gestem.
A jednak wiedziałem, jak niewiele potrzeba. Jedno zdanie. Jeden ton. I już czułem, jak coś we mnie się budzi, coś, czego nie potrafiłem do końca kontrolować. Nie chciałem z nią walczyć. Wystarczyło, że już mnie nie lubią… Nie potrzebowałem jeszcze, żeby zaczęli mnie nienawidzić. Albo co gorsza, próbowali mnie stąd wyrzucić.
Bo może ja bym sobie poradził. Zawsze jakoś sobie radziłem.
Ale Elian…
On był inny. Słabszy. Jeszcze nie doszedł do siebie. Wciąż balansował na granicy, a powrót do pełni sił był dla niego odległy. Potrzebował czasu. Spokoju. I czegoś więcej niż tylko przetrwania.
- Ty lepiej skup się na sobie - Mruknąłem cicho, odwracając wzrok. - Ja w każdej chwili mogę wyjść i się napić. Krwi i ludzi tutaj nie brakuje. - Nie dodałem już, że nie chcę jego krwi. Że byłby dla mnie najłatwiejszym wyborem i właśnie dlatego go unikałem. Był zbyt słaby, a ja aż za dobrze zdawałem sobie z tego sprawę.
- Cały czas się na sobie skupiam - Powiedział spokojnie, choć w jego głosie pobrzmiewało zmęczenie. - Z każdym dniem jestem coraz zdrowszy. Tak samo jak ty… tylko że ty wcale nie skupiasz się na sobie. - Zawahał się na moment, jakby dobierał słowa.- Cały czas patrzysz na mnie. Dbajesz o moje zdrowie, o moje bezpieczeństwo… a o sobie zapominasz. A tak nie powinno być. Powinieneś w końcu postawić siebie na pierwszym miejscu. - Westchnął cicho, przyglądając mi się uważnie.- Jesteś głodny. I rozdrażniony. Widzę to… czuję. I nie chcę, żeby tak było. - Stwierdził wracając wzrokiem do swojego posiłku.- Jestem już na tyle silny, żeby móc się z tobą podzielić krwią. Poza tym… lubisz ją. Więc dlaczego wciąż się przed tym bronisz? - Dodał biorąc kolejny kęs ciepłego obiadu.
Mówił tak, jakby naprawdę nie rozumiał. Jakbym nigdy mu tego nie tłumaczył.
- Pytasz, jakbyś nie zdawał sobie sprawy z tego, w jakim jesteś stanie - Odpowiedziałem chłodno. - Jesteś chory. A chorzy są słabsi. - Zacisnąłem szczękę, czując, jak głód jeszcze bardziej podsyca napięcie. - Skoro jesteś osłabiony, to nie mogę cię osłabiać jeszcze bardziej, pijąc twoją krew. To chyba logiczne. - Odwróciłem wzrok, próbując zdusić w sobie narastającą frustrację.
Nie zamierzałem mu szkodzić.
Wystarczyło, że choroba już go wyniszczała.
Elian już się do mnie nie odezwał. Skupił się na swoim posiłku, obiad najwyraźniej mu smakował, skoro pochłaniał go tak szybko, jakby od dawna nic nie jadł.
Dałem mu spokój.
Podszedłem do okna i odsunąłem zasłonę, pozwalając, by noc wlała się do środka. Wpatrywałem się w świat za szybą cichy, pozornie spokojny, a jednocześnie pełen życia, które pulsowało gdzieś pod powierzchnią.
Nie wychodziłem od kilku dni. Czułem to coraz wyraźniej. Wiedziałem, że kiedy w końcu się ruszę… mogę nie wrócić aż do świtu.
Skupiłem się na otoczeniu, na ludziach, na zwierzętach, na każdym najmniejszym ruchu za oknem. Na wszystkim, co mogłoby odciągnąć mnie od jednego.
Głodu. Drgnąłem nagle.
Zapach uderzył we mnie jak fala ostry, ciepły, nie do pomylenia z niczym innym.
Krew.
Odwróciłem głowę w jego stronę, już wiedząc, do kogo należy.
- Zwariowałeś? Mówiłem ci, żebyś dał sobie z tym spokój. - A jednak… mimo wszystko ruszyłem w jego stronę. Powoli.
Każdy krok był walką, ale zapach przyciągał mnie nieubłaganie, zaciskając się wokół mnie jak niewidzialna nić.
- Muszę cię nakarmić. Bo wiem, że sam tego nie zrobisz. - Wyciągnął do mnie dłoń.
I co miałem zrobić?
Głód rozmywał myśli, odbierał rozsądek, zostawiał tylko instynkt. Przez krótką chwilę jeszcze walczyłem z nim, z sobą, z tym, co narastało w środku.
A potem…
Wgryzłem się w jego skórę.
Zabrałem to, czego potrzebowałem, żeby dalej istnieć. Aby żyć..
<Elianie? C;>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz