Musiałem mu pokazać, że pomimo wszystkiego, czułem się bardzo dobrze. A już na pewno na tyle dobrze, by nie mówił o tym Donie. Normalnie by mi to nie przeszkadzało, mógłbym dać się jej sobą zająć, widać, że to kobieta, która potrafiłaby mnie szybko postawić na nogi. Ma w końcu dziecko, a dzieci mają to do siebie, że chorują. Jednakże, ze względu na Serathiona, nie chciałem tego. Widziałem, jak źle na nią reaguje, nawet jeżeli głośno o tym nie mówi, i nie miałem mu tego za złe. Też jestem tym zmęczony. Lubię Donę, jest naprawdę kochana, przejmowała się mną pomimo niezadowolenia jej męża, i dalej się mną przejmuje, kiedy w ogóle nie musi. Chce mojego dobra, dla niej Serathion nie jest najlepszym wyborem na mojego partnera, ale czy mogłem jej się dziwić? Patrząc na jego osobę z boku, był kontrowersyjnym wyborem. Jednocześnie, nie mogłem jej powiedzieć prawdy. Tego tym bardziej by nie zrozumiała. Tyle razy jej mówiłem, by go nie atakowała. By go zostawiła, że jest moim wyborem. A ona zachowywała się jak... sam nie wiem, kto. Może... jak matka? Ale matki są opiekuńcze tylko wobec swoich dzieci. A ja przecież nie jestem jej dzieckiem. Co więc w nią aż tak wstąpiło?
- Dla ciebie zawsze znajdę siłę, niezależnie od mojego stanu – odpowiedziałem cicho, opierając policzek o jego głowę. Bez ziół, kiedy gorączka rośnie, faktycznie może być ciężko. Zdecydowanie przydałby mi się tu jakiś napar przeciwgorączkowy . Nie chciałbym jednak schodzić na dół do Dony w takim stanie. Zdecydowanie by za bardzo zaczęła dramatyzować. Jeszcze by medyka wezwała, a po co tu medyk? Uzdrowiciel ma w końcu poważną, ciężką pracę, cięższe przypadki, ja jestem tylko odrobinkę przeziębiony. To naprawdę nic wielkiego. Kwestia wygrzania, odpowiednich naparów i czasu. Wystarczy odwiedzić aptekarza, nie medyka, no ale jakiekolwiek wyjście w moim stanie odpada. Czułem, że dam radę przejść co najwyżej parę metrów, a jak tu jeszcze wrócić.
- Jak uroczo – powiedział lekko, unosząc podbródek tak, by mógł na mnie spojrzeć. - Powinieneś jednak tę siłę przeznaczać na coś innego.
- A po co? Wolę zdecydowanie bardziej się skupiać na tobie, moja Różyczko. Nic innego dla mnie nie ma znaczenia – wymamrotałem cicho. Może i byłem beznadziejnie zakochany, ale jakoś tak bardzo mi się ten stan. Liczył się dla mnie tylko on, i tylko on. A cała reszta nie miała znaczenia. - A teraz jeszcze musisz się mną zajmować. Będziesz miał ze mną gorzej niż z dzieckiem, wiesz?
- Nie wiem. Nigdy nie opiekowałem się dzieckiem. Nawet bym nie chciał, dzieci są paskudne, okropne, brudne, głośne, głupie, i jeszcze śmierdzą. Fuj – podsumował, co z dziwnego powodu mnie trochę rozbawiło.
- A miałeś w ogóle okazję kiedykolwiek poznać jakiekolwiek dzieci, by wyrobić sobie o nich taką opinię? - spytałem, ciekaw trochę, skąd mu się to wszystko wzięło, no bo przecież nie z powietrza.
<Różyczko? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz