Nie potrafiłem za bardzo walczyć ze zmęczeniem. Byłem naprawdę padnięty, chociaż nic nie robiłem, ale taki już urok bycia chorym. Gdybym tylko nie był chory, mógłbym zrobić tyle rzeczy... jak chociażby pójść do biblioteki. Widziałem, że już niewiele mu zostało. I może powoli bym uzupełniał zapasy na nasz wyjazd, przede wszystkim właśnie zioła suszone, może ubrania, bo jednak trochę ostatnio ich potraciłem przez walki czy chociażby przez takiego Serathiona, który kradł mi koszule. Też suszone mięso, jakieś dodatki typu kasza, ryż... nie musiałbym tego wszystkiego na początku kupować, tylko powoli zbierać i planować, by na koniec lutego móc w końcu opuścić to miasto. A może nawet trochę wcześniej? Wszystko okaże się z czasem. Ze względu na Serathiona chciałbym jak najwcześniej opuścić to miejsce. Widziałem z że nie czuł się najlepiej. Może inaczej byłoby, gdyby był akceptowany przez Donę, nie szykanowali. Teraz jednak już na to za późno.
Mimo zmęczenia nie spałem. Nie chciałem. Lepiej się czułem, kiedy mogłem tak po prostu przy nim leżeć, być jak najbardziej świadom jego obecności. Poza tym, nie lubiłem tych snów, jakie to miałem podczas gorączki. Teraz miałem pewność, że on jest tu blisko, cały i zdrowy, nic więcej nie potrzebowałem do szczęścia.
– Nie śpisz – odezwał się cicho po dobrych kilkudziesięciu minutach.
– Nie śpię. Ale odpoczywam. Więc nie możesz mieć do mnie pretensji – wymamrotałem cichutko, dalej tak mocno go tuląc do siebie. Przez to, że miałem zatkany nos, nie mogłem wyczuć jego cudownego, różanego zapachu. Już za nim się stęskniłem.
– Czas szybciej by ci minął, gdybyś zasnął – dodał, nie chcąc mi odpuścić. Wiedziałem, że chce po prostu mojego dobra, ale czasem miło by było, gdyby mnie po prostu słuchał.
– W snach dzieje się z tobą coś złego. Nie chce znów przez to przechodzić, teraz czuję się lepiej – wyjaśniłem cicho, patrząc trochę nieobecnym wzrokiem gdzieś przed siebie.
– Coś złego? Co takiego? – spytał spokojnie.
– Odchodzisz ode mnie. Albo umierasz. Na słońcu. Zabity przez innego łowcę. Albo przez tłum ludzi. A ja nic nie mogę zrobić – powiedziałem cicho, czując ból już na samo wspomnienie o obrazach, które wydarzyły się tylko w mojej głowie.
– Niepotrzebnie się tak zamartwiasz o mnie. Nigdy bym cię nie zostawił. Ani nie dałbym się zabić jakiemuś prostemu łowcy – mówił łagodnie, próbując ukoić moje nerwy. – Jestem tutaj, kiedy masz otwarte oczy, i będę tutaj cały czas, kiedy będziesz je miał zamknięte. Możesz odpocząć.
– A jak zaraz właśnie tu jakiś wielki, zły łowca i mi cię zabierze? Wolę nie ryzykować – powiedziałem cicho, nie przestając się do niego przytulać.
– I ty mnie obronisz przed wielkim, złym łowcą? – zapytał rozbawiony.
– Oczywiście. Wykorzystam całe swoje pokłady siły, by cię obronić – powiedziałem, mówiąc oczywiście całkowicie poważnie. Nie dałbym nikomu go skrzywdzić, nawet jeśli ja sam ledwo stoję na nogach.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz