Tak po ludzku martwiłem się o niego. Nawet to, że nie jestem człowiekiem, niczego nie zmieniało. Potrafię czuć i rozumiem tak jak oni. Wyglądam jak człowiek, mówię jak człowiek… a jedyne, czym się od nich różnię, to fakt, że jestem nieśmiertelny. Zabić może mnie tylko srebro.
Leżałem przy nim, trzymając dłoń na jego rozpalonym czole. Czułem, jak bijące od niego ciepło powoli przenika nawet moje lodowate ciało. Jego oddech był ciężki, niespokojny, jakby każdy wdech kosztował go więcej wysiłku niż poprzedni.
Nie podobało mi się to. Ani trochę.
Czekałem cierpliwie, aż za oknem zapadnie zmrok. Gdy ostatnie resztki światła zniknęły z nieba, ostrożnie wysunąłem się z jego objęć. Starałem się robić to tak cicho, jak tylko potrafiłem. Nie chciałem go obudzić. Niech śpi jak najdłużej, sen był teraz tym, czego potrzebował najbardziej.
W tym czasie mogłem przygotować zioła, które pomogą mu zwalczyć przeziębienie.
Jeszcze przez chwilę patrzyłem na jego twarz. Był blady, a włosy przykleiły się do spoconego czoła. Delikatnie odgarnąłem jeden kosmyk.
- Śpij… - Mruknąłem cicho, bardziej do siebie niż do niego.
Potem wstałem i opuściłem pokój, zamykając drzwi najciszej jak się dało.
Niepewnie skierowałem się w stronę schodów. Już w głowie układałem sobie słowa, które pewnie za chwilę padną z ust Dony. Znałem ją aż za dobrze, a przynajmniej na tyle dobrze, na ile mogę ją znać. I wiedziałem jedno..
Ta rozmowa raczej nie skończy się dla mnie przyjemnie.
Gdy tylko zszedłem na dół, od razu natknąłem się na jej spojrzenie.
Krzywe. Ostre. Takie, którym chyba próbowała mnie zabić.
Stała oparta o framugę drzwi z założonymi rękami i patrzyła na mnie tak, jakby już wiedziała, co planuję.
- A ty znowu masz zamiar gdzieś wyjść? - Rzuciła chłodno. - On leży w pokoju, a ty sobie spacerujesz w najlepsze, co? - Oczywiście. Musiała coś powiedzieć. Dona nie byłaby sobą, gdyby nie wbiła mi chociaż jednej szpilki. Szczerze mówiąc i tak byłem zaskoczony, że dziś była aż tak łaskawa.
- Nigdzie nie wychodzę - Odpowiedziałem spokojnie, starając się nie dać sprowokować. Kłótnia nie miała sensu. A ja nie miałem na nią czasu. -Chciałem cię prosić o pomoc. - Uniósła jedną brew, a w jej oczach pojawiło się wyraźne powątpiewanie.
- Pomóc? - Powtórzyła powoli. - A w czym ja niby mam tobie pomóc? - Wziąłem krótki oddech.
- Elian bardzo źle się czuje. I zanim cokolwiek powiesz… proszę. Pomóż mu. Ja naprawdę nie wiem, jak mu pomóc, a jego gorączka ciągle rośnie. - Przez moment patrzyła na mnie w milczeniu. Znałem to spojrzenie. Doskonale wiedziałem, co chciała powiedzieć, że to pewnie moja wina, że powinienem był przewidzieć, że znowu wszystko zepsułem.
Na moje szczęście tym razem odpuściła.
Bez słowa odwróciła się i poszła do kuchni. Słyszałem, jak przeszukuje szafki i coś przestawia. Po chwili wróciła z małym pęczkiem suszonych ziół i kubkiem gorącej wody. Wciskając mi je w ręce.
- Zalej to wrzątkiem i daj mu do wypicia - Powiedziała. - Powinno zbić gorączkę. - Westchnęła ciężko, jakby cała ta sytuacja była dla niej ogromnym wysiłkiem. - Zaraz przyniosę rosół. Na szczęście dziś gotowałam. - Skinąłem głową, czując dziwną ulgę.
- Dziękuję. - Zabrałem zioła i gorącą wodę, których potrzebowałem, żeby przygotować napar, i ruszyłem z powrotem w stronę schodów. Teraz pozostawało tylko mieć nadzieję, że to wystarczy, że chociaż odrobinę mu pomogę.
<Elianie? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz