To było naprawdę bardzo słodkie, kiedy mój panicz tak martwił się o nasze skarby, choć przecież nie musiał. Wszystko będzie w porządku. Jestem tu i będę czuwał, by nic złego się nie stało. A nawet jeśli na chwilę wyjdę z jakiegoś powodu, jestem pewien, że mój pan nie zrobi dzieciom żadnej krzywdy. Tak już po prostu jest, jego własne ciało nie pozwoliłoby mu ich skrzywdzić, nawet przez sen. Tego jestem całkowicie pewien. Coś o tym wiem.
Siedziałem w milczeniu, obserwując moją rodzinę.. Moje malutkie skarby i piękną panienkę która wykończona porodem po prostu zasnęła z cichym westchnieniem. Patrzyłem na nich z czułością, wsłuchując się w spokojny oddech dzieci i równy rytm jej snu.
A ja trwałem. Tuż obok. Niewzruszenie. Czuwając nad nimi wszystkimi, gotów w każdej chwili zareagować, gdyby coś miało zakłócić ten kruchy, domowy spokój. Bo to była moja rola, strzec ich ciszy, ich bezpieczeństwa, ich małego świata.
Mój panicz spał spokojnie z dwójką naszych maluszków wtulonych w jego ramiona. Ten widok był tak piękny, że aż zapierał dech. Gdybym tylko posiadał coś, co potrafiłoby zatrzymać tę chwilę na zawsze, bez wahania bym to zrobił, bez mrugnięcia okiem. Pamiątka na całe życie.
Ale w naszych czasach pozostaje jedynie pamięć. Zapamiętać obraz, każdy szczegół, delikatne uniesienie jego piersi, cichy oddech dzieci, miękkość światła padającego na ich twarze. Albo spróbować to narysować. Niestety, nigdy nie byłem dobrym rysownikiem. Malarzem też bym raczej nie został, tę fuchę zostawię tym, którzy naprawdę się na tym znają.
Dlatego mogłem tylko patrzeć. Patrzeć i podziwiać moją śpiącą rodzinę, za którą oddałbym wszystko, nawet własne życie, jeśli byłoby to konieczne. Bo miłość bywa głupia i ślepa, to prawda. A jednak to właśnie dzięki niej każdego dnia mamy siłę wstać, oddychać i trwać. Dzięki niej zwykłe chwile stają się najcenniejszymi skarbami.
Z moich myśli i spojrzeń wyrwało mnie ciche pukanie do drzwi. Choć osoba stojąca po drugiej stronie jeszcze nie weszła do środka, doskonale wiedziałem, kim była.
- Wejdź, mamo - Powiedziałem cicho.
Podszedłem do drzwi i otworzyłem je przed nią, uśmiechając się łagodnie. Chciałem ugościć ją najlepiej, jak tylko potrafiłem. Wiedziałem jednak, że przede wszystkim przyszła zobaczyć maluchy. Choć przecież widziała je całkiem niedawno, serce babci rządzi się swoimi prawami, nie można jej tego odebrać.
Zresztą, będzie naszym największym wsparciem. Największą pomocą, jakiej będziemy potrzebować, by dobrze zaopiekować się dziećmi. Jej obecność już teraz przynosiła ze sobą spokój, jakby sam fakt, że stoi w progu, czynił wszystko trochę łatwiejszym.
- Jak się czuje Daisuke? - Zapytała, wchodząc do środka, lecz niemal od razu dostrzegła, że właśnie śpi. - Oj, przepraszam… Nie chciałabym przeszkadzać. Widzę, że maluszki też śpią. Może przyjdę później - Dodała ciszej.
Mimo tych słów wyraźnie było widać, jak bardzo chciała wejść. Jej spojrzenie wciąż uciekało w stronę pokoju, a w oczach miała tę miękką, babciną tęsknotę. A ja przecież nie chciałem odbierać jej tej przyjemności.
- Wejdź na chwilę - Odpowiedziałem łagodnie. - Myślę, że Daisuke nie będzie miał nic przeciwko. Poza tym chociaż trochę dotrzymasz mi towarzystwa. - Uśmiechnąłem się do niej i zaprosiłem gestem do środka. Rozmawialiśmy cicho, niemal szeptem, tak aby nie obudzić dzieci ani mojego męża. W pokoju panował ten szczególny rodzaj ciszy, który nie jest pustką, lecz spokojem, przerywany jedynie równym oddechem śpiących maluchów.
<Paniczu? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz