Czekałem cierpliwie, jak mój mąż w końcu wróci do domu mimo że zaczynałem się niecierpliwić. Lepiej się czułem, kiedy był w domu. Nie rozmawiałbym z nim, w końcu muszę się odsunąć od mojej rodziny. Tylko ją krzywdzę, chociaż mam dobre intencje. Potwierdziłem już hipotezę, że nie nadaję się do rodziny, i teraz muszę coś z ty zrobić. I robię. Więcej dobrego zrobię, po prostu robiąc krok do tyłu. Demon i rodzina... w piekle nie byli temu przychylni, i mnóstwo lat potrzebowałem, by zrozumieć, dlaczego. Miałem prosty cel. Demonem stałem się, by ich obronić, uratować... i jak będę się tego trzymać, to wszystko będzie w porządku.
Nawet jeżeli nie będę z nim rozmawiać, chciałbym, by tu był. Wtedy miałbym pewność, że tu jest, cały i zdrowy, i że nic mu nie jest. Nie mogłem go jednak siłą tu przytargać. Poza tym, doskonale wiedziałem, jak ważny jest jego kontakt z wodą. Nie mam potwierdzenia, że jest właśnie tam, ale czułem w duszy, której nie mam, że właśnie w tej chwili jest nad jeziorem. Gdzie indziej miałby być? Nie ma tu żadnego innego miejsca, gdzie mógłby pójść. Chyba, że może nad rzekę, ale tam chodził, chodziliśmy wyjątkowo rzadko. Na pewno jest nad jeziorem. Na pewno płacze. Przez nasz pakt czułem to doskonale. Tylko dlaczego, to nie wiem. Mają się uczyć ponosić konsekwencje, i kiedy im je wymierzam, to ja jestem najgorszy. Może czegoś w tym wszystkim nie rozumiem? Emocje są skomplikowane, a ja dawno przestałem je poprawnie rozumieć.
Wkrótce po tym stało się coś... złego. Mikleo był czymś zaalarmowany... nie, to za słabe słowo. Przerażony. Tak, przerażony, to bardziej oddawało to uczucie. Banshee też się poderwała, warcząc ostrzegawczo, a to oznaczało jedno, ktoś naruszył moje terytorium, ktoś niepożądany i niebezpieczny. Demon. A ponoć żaden z nich miał się tu nie zbliżać. Powinienem dorwać Crowleya. I go dorwę, z pewnością, ale wpierw musiałem dotrzeć do Mikleo. I pozbyć się intruza.
- Zostań. Pilnuj dzieciaków. Nie pozwalaj im wychodzić – powiedziałem, natychmiast kierując się ku wyjściu. Czas zrobić to, co potrafię najlepiej.
Oczywiście, skierowałem się nad jezioro, i był to strzał trafny. Nad nim zastałem jakiegoś podrzędnego demona, wpatrującego się w czerwoną taflę jeziora. W pierwszym momencie chciałem wskoczyć do wody, wyłowić Mikleo, bo czerwień najpewniej wynikała z jego krwi, ale szybko się powstrzymałem. Nie. To dobrze, że wpadł do wody. Szybko go uleczy, cokolwiek mu zrobił. Tam jest bezpieczniejszy niż tu, na brzegu. To Serafin wody przecież jest, da sobie radę.
A ja zajmę się tym, który go skrzywdził.
– Atakując go popełniłeś ogromny błąd – syknąłem, czym zwróciłem uwagę mojego przeciwnika. Nie zamierzałem się powstrzymywać. Chciałem zrobić z niego miazgę, którą rozsmaruję na granicy mojego terytorium. Może wtedy te parszywce się nauczą, że żaden z nich nie ma tu prawa wstępu.
<Owieczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz