czwartek, 19 marca 2026

Od Serathiona CD Eliana

 Jego słowa zawsze na mnie działały. Może aż za bardzo.
Uwielbiałem, kiedy mówił do mnie w ten sposób miękko, czule, jakby każde zdanie było stworzone tylko dla mnie. Nieważne, czy chciałem się do tego przyznać, czy nie, byłem na to strasznie podatny. Przekupny na słowa.
To było trochę smutne.
Byłem łatwy… choć nie aż tak, jak niektórzy mogliby pomyśleć. Zawsze chciałem czegoś w zamian. Każde moje słowo, każda myśl, każdy gest, wszystko miało znaczenie. Może nie było tego widać na pierwszy rzut oka, ale zawsze gdzieś w środku kryła się jakaś potrzeba, jakaś korzyść. Nawet jeśli była nią tylko chwila ciepła.
- Ach tak… możesz tak do mnie mówić - Mruknąłem cicho, z lekkim uśmiechem. - Lubię takie słowa. Lubię, kiedy są kierowane właśnie do mnie. Lubię wszystko, co do mnie mówisz… Lubię całego ciebie. - Pochyliłem się i delikatnie pocałowałem jego nos.
- Lubisz? A ja myślałem, że ty mnie kochasz. Ależ się pomyliłem - Zażartował.
Uśmiechnąłem się tylko na te słowa, bez cienia urazy. Położyłem głowę na jego klatce piersiowej, wsłuchując się w spokojne bicie jego serca. Ten dźwięk był wystarczający. Kojący. Wypełniał wszystko.
Nie potrzebowałem już nic więcej.
- Wiesz… kocham. I lubię. Doceniaj to - Dodałem ciszej, zamykając oczy.
Nie po to, żeby zasnąć. Wampiry przecież nie spały.
Chciałem tylko skupić się całkowicie na nim — na rytmie jego serca, na cieple, które od niego biło. To wystarczało, żeby na chwilę zapomnieć o wszystkim, co we mnie krzyczało.
Elian nic już nie powiedział.
Pocałował mnie tylko w głowę i sam zamknął oczy, najwyraźniej zmęczony całym dniem.
Bo faktycznie, dużo się wydarzyło.
Obudził się, przeżył to wszystko… i znów zasypiał.
Jakby nic więcej nie było mu potrzebne.
Dzięki ciszy, która między nami zapadła, mogłem wsłuchiwać się w jego oddech.
Był spokojny, równy z każdą chwilą coraz wolniejszy, jakby świat wokół przestawał dla niego istnieć. Czułem, jak jego ciało stopniowo się rozluźnia, jak odpływa gdzieś daleko, do krainy snów.
Przez cały ten czas trzymał mnie mocno.
Zbyt mocno, jak na zwykły sen.
Jakby bał się, że zniknę. Że wymknę się, gdy tylko straci czujność.
A ja…Zostanę. Tak długo, jak tylko będzie mi na to pozwolone.
Nie miałem powodu, by uciekać.

Kiedy w końcu się obudził, na zewnątrz panował już mrok.
Trochę go to zaskoczyło, widziałem to w jego oczach — ale zaraz potem przyszło coś w rodzaju ulgi.
Sen podobno leczy. Tak przynajmniej słyszałem. I właśnie dlatego go nie budziłem. Pozwoliłem mu odpocząć. Dałem mu ciszę, spokój… wszystko to, czego najbardziej potrzebował.
Choć, jeśli mam być szczery, ta choroba zaczynała mnie wykańczać.
To było męczące. Irytujące. Nudne w sposób, który odbierał chęć do wszystkiego.
Chciałem tylko jednego, żeby w końcu wyzdrowiał.
Żebyśmy mogli wrócić do tego, co było wcześniej.
Do naszego życia. Do naszej normalności.
Do nas.
- Nareszcie się obudziłeś… - Powiedziałem cicho, od razu skupiając na nim całą swoją uwagę. - Jak się czujesz? Jesteś głodny? Albo spragniony? - Dopytałem szybko, nie dając mu nawet chwili na odpowiedź. - Pewnie tak… minęło już kilka godzin. Nic nie jadłeś, nic nie piłeś. - Westchnąłem cicho, przeczesując palcami jego włosy, skupiając całą uwagę na jego osobie..

<Elianie? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz