Nie odpowiedziałem. Nie miałem zamiaru się kłócić. Widziałem przecież, że ewidentnie do tego mnie prowokuje. Każde jego słowo było jak iskra rzucona w suchą trawę. Odwróciłem się do niego plecami i wróciłem do zlewu. Woda lała się jednostajnym strumieniem, talerze uderzały o siebie cicho, a ja kurczowo trzymałem się tej zwyczajnej czynności, jakby miała mnie ochronić przed tym, co wisiało w powietrzu. Skupiłem się na naczyniach, by nie powiedzieć czegoś, czego później mógłbym żałować. Chciałem tylko spokojnie porozmawiać. Naprawdę tylko tyle. Najwidoczniej to nie miało najmniejszego sensu.
Może faktycznie mam złe podejście?
Może problem rzeczywiście tkwi we mnie?
Te myśli wracały do mnie z uporczywą konsekwencją. Może za bardzo im pobłażam? Może to przeze mnie zachowują się tak, a nie inaczej. Może powinienem być surowszy, bardziej stanowczy, mniej czuły. Może gdybym inaczej ich wychowywał, dziś byłoby łatwiej..
A może… może on ma rację?
Może naprawdę lepiej byłoby, gdybyśmy nie mieli więcej dzieci. Choć tak bardzo chciałbym mu je dać, choć wyobrażałem sobie naszą przyszłość większą, pełniejszą, teraz nie jestem już niczego pewien. Może nie nadaję się na rodzica. Mimo że mamy już piątkę dzieci, za każdym razem byłem tym, który pozwalał na więcej. Tym, który tłumaczył, usprawiedliwiał, przytulał zamiast karać. A przecież to nigdy nie miało prawa dobrze się skończyć… prawda?
- Najlepiej teraz nic nie mów i mnie ignoruj. To zawsze wychodziło ci najlepiej. A prawda jest taka, że gdyby nie twoje rozpieszczanie, nie zachowywaliby się tak, jak się zachowują - Warknął, opuszczając kuchnię podążając prawdopodobnie do w sypialni, a wywnioskować mogę to z powodu trzasku drzwi.
Drzwi zamknęły się z głuchym trzaskiem, a jego słowa odbiły się echem w mojej głowie. Powiedział na głos to, czego sam bałem się przed sobą przyznać. Coś, czego chyba żaden rodzic nie chciałby usłyszeć.
I choć wiedziałem, że nie wszystko jest tylko moją winą, choć gdzieś głęboko czułem, że to bardziej skomplikowane niż kilka ostrych zdań rzuconych w gniewie, jego słowa trafiły celnie.
Samotna łza spłynęła po moim policzku.
Czasem słowa potrafią zranić bardziej niż jakiekolwiek uderzenie.
W ciszy dokończyłem mycie naczyń. Wytarłem blat, odstawiłem wszystko na swoje miejsce, posprzątałem salon. Każdy kubek, każda poduszka, każda łyżeczka miały swoje wyznaczone miejsce. Skupiałem się na najdrobniejszych szczegółach, jakbym od tego zależał mój spokój. Zajmowałem ręce czymkolwiek, byle tylko nie dopuścić do siebie myśli, które uporczywie próbowały przebić się przez tę sztuczną rutynę.
Dopiero gdy po świętach wszystko zostało umyte, schowane i znów zapadł zwyczajny porządek, poczułem, że mogę wyjść. Musiałem opuścić dom. To miejsce, które jeszcze chwilę temu było pełne światła i rodzinnego gwaru, teraz przytłaczało mnie ciężarem niedopowiedzianych słów.
Zabrałem ze sobą Psotkę. Jej obecność była cicha, niewymagająca, dokładnie taka, jakiej w tej chwili potrzebowałem. Wyszedłem bez słowa, zamykając za sobą drzwi trochę ciszej, niż zwykle.
Chciałem pójść nad wodę. Usiąść. Odetchnąć. Pozwolić, by chłodne powietrze oczyściło mi głowę. Potrzebowałem przestrzeni, w której nikt niczego ode mnie nie oczekuje. W której mogę na chwilę przestać być mamą, mężem, tym zbyt łagodnym.
Woda zawsze dawała mi ukojenie. Jej jednostajny ruch, śpiew który tylko ja znałem i słyszałam, zapach wilgoci unoszący się w powietrzu, to wszystko potrafiło uspokoić nawet najbardziej rozedrgane myśli. Teraz potrzebowałem tego bardziej niż kiedykolwiek.
Chciałem tylko na chwilę zresetować siebie. Złapać oddech. Zrozumieć, czy naprawdę jestem problemem… czy może po prostu zbyt długo próbowałem być silny dla wszystkich, zapominając w tym wszystkim o sobie.
<Pasterzyku? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz