Zmusiłem się troszkę do jedzenia, bo jakoś tak nie miałem wielkiego apetytu. Czułem jednak, że tak trzeba. Skądś ten organizm powinien mieć siłę na walkę z wirusem, by się za bardzo nie rozgościł, jak i jednocześnie leczyć te rany. Trochę do roboty ma, więc trzeba go czymś wspomóc. I śniadaniem, i ziołami wspomagającymi odporność. Musi mi to pomóc. Innego wyjścia nie widzę. Czas na chorowanie teoretycznie najgorszy nie jest. Nie byliśmy w drodze i w najbliższym czasie zdecydowanie się nigdzie nie wybieramy. Mamy pokój, spokój i czas. Jeśli jednak miałbym mieć decydujący głos, zdecydowanie wolałbym ominąć tę chorobę. Żadnego pożytku z niej nie ma, a będę tylko cierniem w tyłku Serathiona, no bo przecież nie zostawi mnie samego. A to niedobrze. Nie może kilka dni siedzieć w pokoju. Przygaśnie. Będzie zmierzły. Nie mówi mi tego głośno, ale doskonale widziałem, jak ma serdecznie dosyć siedzenia w jednym pokoju, i nie miałem mu tego za złe, naprawdę. Też byłem przykuty do tego pokoju, ale kiedy chciałem, mogłem wyjść, nie musiałem obawiać się słońca. Na niego czekało znacznie więcej niebezpieczeństw.
- Chodź, Futerko. Przyniosłem ci śniadanie, i mleczko ciepłe – odezwałem się cicho, kiedy tylko wszedłem do środka. Futerko zareagował błyskawicznie. Zeskoczył z fotela, miaucząc okropnie, jakby głodował wieki. W sumie, to wczoraj nie dostał kolacji, odrobinkę głodny to miał prawo być, ale bez przesady, w boczkach zapasy miał niezłe, starczą mu na długie tygodnie.
A może to nie był głód?
- Reagujesz tak głośno, bo naprawdę jesteś głodny, czy robisz to, bo chcesz być wredny dla Serathiona? - zapytałem rozbawiony, a kociak w odpowiedzi znów miauknął, jakby potakująco. Chociaż, on mnie nie mógł zrozumieć. To przecież tylko kot. Zwierzak. Jedyne, na co reaguje, to na ton mojego głosu. A szkoda. Bardzo bym chciał, byśmy mogli sobie pogadać. To byłoby ciekawe doświadczenie. - Czyli jesteś wredny. Ciekawe, skąd ci się to wzięło, mały czorcie – postawiłem przed nim miseczkę, a on od razu zaczął jeść, jakby wieki jedzenia nie wdział. - Chyba będę chwilowo jego ulubieńcem.
- Nie potrzebuję jego aprobaty – odpowiedział Serathion, niby niewzruszony, ale chyba jednak go coś tknęło. A jak jeszcze go nie tknęło, to na pewno go tknie. Przecież widziałem, jak traktuje tego kociaka. Uwielbia z nim spędzać czas, gadać do niego, jak to gada czasem do misia, bawi się z nim... jak ja będę spał, albo będę siedział na dole, albo nie daj boże będę gdzieś musiał wyjść za dnia, będzie mu tego bardzo brakować. - Najważniejsze, by na ciebie nie skakał. Nie, kiedy masz rany na żebrach i brzuchu, i wszędzie – odpowiedział, na chwilę odrywając wzrok od książki. No proszę, teraz czyta drugą pozycję... Jeszcze jej nie przeczytał? Tą pierwszą w dwie godziny chyba pochłonął.
- Czyli jak jestem ranny, to nie może na mnie skakać. Ale jak śpię snem twardym, zdrowy, bez żadnych cięć na skórze, ran, to może mnie tak gwałtownie wybudzać ze snu? - zapytałem rozbawiony, idąc do niego, by usiąść na łóżku. Miałem dziwną ochotę opatulić się kocem, a przecież było tu ciepło, chyba. Tak mi się wydawało. Więc skoro było ciepło, po co miałbym się opatulać kocem?
<Różyczko? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz