Opadłem na samo dno, czując ból w każdym mięśniu. Moje ciało słabło z każdą chwilą, jakby z każdą sekundą traciło kolejne resztki sił. A jednak mój umysł wciąż nie chciał się poddać. Krzyczał, by walczyć, by się podnieść, by zrobić cokolwiek.
Byłem tak straszliwie słaby… a jednocześnie tak rozpaczliwie pragnąłem się ruszyć.
Chciałem wynurzyć się na powierzchnię. Chciałem zaczerpnąć powietrza. Chciałem wrócić na brzeg.
Zamiast tego leżałem bezwładnie na dnie jeziora, wpatrując się w wodę wokół mnie. Powoli zmieniała kolor, z przejrzystej na coraz ciemniejszą czerwień. Moja krew mieszała się z wodą, rozlewając się wokół jak czerwone mgły.
Czułem chłód jeziora otulający moje ciało. Woda łagodnie obmywała rany, jakby próbowała je ukoić. Delikatny ruch fal sprawiał wrażenie, jakby sama natura próbowała mnie utrzymać przy życiu.
Z oddali, z brzegu, docierały do mnie odgłosy.
Hałas. Krzyki. Uderzenia.
Dźwięki walki.
Każdy z nich wbijał się w mój umysł jak ostrze. Wiedziałem, co się tam dzieje. Wiedziałem, że na brzegu mój mąż walczy. Walczy z demonem, który mnie zaatakował.
Ta myśl paliła mnie od środka.
Chciałem się poruszyć. Chciałem podnieść się z dna jeziora, wynurzyć się i ruszyć mu na pomoc.
Ale moje ciało ledwie mnie słuchało.
Kiedy rany zaczęły się powoli zamykać, spróbowałem poruszyć dłonią. Nawet ten drobny ruch kosztował mnie ogrom wysiłku. Czułem, jak bardzo osłabłem. Jak wiele krwi straciłem.
W moim ciele zostało jej tak niewiele.
Byłem tak straszliwie słaby.
A mimo to pragnąłem zrobić cokolwiek. Najdrobniejszą rzecz. Choćby spróbować wynurzyć się z wody.
Cokolwiek, by pomóc mojemu partnerowi.
Zamiast tego wciąż leżałem na dnie jeziora, wpatrując się w powoli falującą wodę, czując ciężar własnej bezsilności.
Moje ciało w końcu pozwoliło mi się poruszyć. Z trudem uniosłem się z dna, czując, jak mięśnie protestują przy każdym najmniejszym ruchu. Dzięki darom wody i naturze mojej rasy zdołałem wynurzyć się na powierzchnię. Powoli dopłynąłem do mostu, z którego wcześniej spadłem do jeziora, i oparłem się o jego kamienny brzeg.
Na moście stał Sorey.
Stał nad martwym ciałem demona. W jego oczach widziałem gniew czysty, palący gniew, który wręcz od niego promieniował. Jego sylwetka była napięta, jakby wciąż był gotów do walki, mimo że przeciwnik już nie żył.
Spróbowałem resztką sił podciągnąć się i usiąść na krawędzi mostu. Okazało się to jednak znacznie trudniejsze, niż się spodziewałem. Moje ręce były słabe, drżały pod ciężarem własnego ciała.
Straciłem zbyt dużo krwi.
Każdy ruch przypominał mi o tym boleśnie.
- Miki! - Usłyszałem nagle głos męża.
Sorey odwrócił się i w jednej chwili znalazł się przy mnie. Szybko uklęknął i pomógł mi wydostać się z jeziora, podtrzymując mnie, zanim znów osunął bym się do wody.
- Jak się czujesz? - Zapytał z wyraźnym niepokojem w głosie. - Może powinieneś jeszcze zostać w wodzie. Ona pomoże ci się zregenerować. - W jego słowach było tyle troski, tyle miłości, jak dobrze że go mam..
Byłem serafinem wody. A więc to prawda, że woda pomogła zamknąć moje rany, ukoić ból i zatrzymać krwawienie. Ale nawet jej moc miała swoje granice. Nie była w stanie przywrócić krwi, którą straciłem.
Na to potrzebowałem czasu.
Odpoczynku.
- Obawiam się… że woda już mi więcej nie pomoże - Wychrypiałem cicho.
Zmęczony oparłem głowę o jego ramię. Nie miałem już siły nawet podtrzymywać się własnymi rękami. Cały ciężar mojego ciała spoczął na nim.
<Pasterzyku? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz