sobota, 28 marca 2026

Od Serathiona CD Eliana

 Nawet nie skomentowałem jego słów, nie dlatego, że mu nie wierzyłem. W głębi czułem, że jeśli tylko bardzo się uprze, nawet przeziębienie nie stanie mu na drodze, by jutro się ze mną kochać. A jednak nie powinien aż tak tego lekceważyć. Zdecydowanie bardziej powinien zadbać o siebie, o swoje zdrowie, które przecież jest najważniejsze.
A ja? Ja już trochę wytrzymałem bez seksu i mogę wytrzymać jeszcze dłużej. To naprawdę nie ma teraz znaczenia. Najważniejsze jest to, żeby on poczuł się dobrze, naprawdę dobrze. Czuję, że wciąż brakuje mu odrobiny, by wrócić do pełni sił, do tych swoich stu procent.
Jak dobrze, że może tu, w gospodzie, choć na chwilę odetchnąć. W cieple, w spokoju, z dala od tego wszystkiego, co mogłoby go jeszcze bardziej osłabić. Nawet nie chcę myśleć, co by się stało, gdyby zachorował w trakcie naszej podróży. Bez zapasów, bez odpowiednich leków, zdani tylko na siebie… To byłoby zbyt ryzykowne.
Dlatego mam nadzieję, że uda mi się zdobyć jeszcze kilka rzeczy na drogę. Zioła, bandaże, cokolwiek, co może się przydać. Chcę być przygotowany. Chcę mieć czym zadbać o niego, ochronić jego ciało, zarówno od środka, jak i z zewnątrz, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Bo teraz liczy się tylko jedno: żeby był bezpieczny. I żeby wrócił do zdrowia.
Elian wtulił się mocniej w moje ciało. Widząc, że nic więcej nie powiem, przymknął oczy, wsunął dłoń w moje włosy i powoli odpłynął do krainy snów, zostawiając mnie tu, w świecie rzeczywistym, gdy on zanurzał się w objęcia Morfeusza.
Leżałem obok niego w ciszy, wsłuchując się w jego spokojny oddech. Przez chwilę przemknęła mi przez myśl pokusa, by wyjść na zewnątrz. Ostatnio brakowało mi dworu, świeżego powietrza, choćby krótkiej chwili w innym otoczeniu. A jednak zostałem.
Zostałem, bo wiedziałem, że mnie potrzebuje.
Nigdy nie miałem pewności, co mogłoby się wydarzyć, gdybym go zostawił choć na chwilę. Poza tym… gdyby dostrzegły mnie Dona lub Lidia, bez wahania uznałyby, że idę zdradzić Eliana. A ja przecież nawet nie dopuszczałem do siebie takich myśli.
Tak naprawdę było mi dobrze tu, gdzie jestem. Przynajmniej miałem spokój, nie musiałem słuchać ich szeptów ani znosić spojrzeń pełnych niechęci. Do dziś nie rozumiałem, skąd brała się ich nienawiść, skoro nigdy nie zrobiłem im nic złego.
Leżąc więc obok niego i czuwając, pozwoliłem, by czas płynął powoli. Czekałem na świt. Na moment, kiedy się obudzi, zje coś ciepłego i znów ze mną porozmawia.
Bo chyba właśnie tego brakowało mi najbardziej. Jego obecności.
Nie zmuszałem go jednak do niczego, sam przecież mówiłem, że chory powinien odpoczywać. Nawet jeśli oznaczało to ciszę, która dla mnie była trudniejsza niż jakiekolwiek słowa.
Gdy nastał świt, obudził się, przeciągając leniwie swoje mięśnie, jakby niechętnie wracał do rzeczywistości.
- Dzień dobry - Przywitałem się cicho, nachylając się nad nim i składając delikatny pocałunek na jego policzku. - Wyspałeś się? A może jesteś głodny… albo spragniony? - Dopytałem, przyglądając mu się uważnie.
Chciałem od samego rana zrobić dla niego wszystko, co tylko mogłem. Każdy drobiazg wydawał się ważny, każde słowo, każdy gest. Wystarczyło jedno jego spojrzenie, bym wiedział, czego potrzebuje… albo przynajmniej próbował to odgadnąć.
Wciąż wyglądał na odrobinę osłabionego, choć w jego oczach pojawił się już ten znajomy spokój. To wystarczyło, bym poczuł ulgę.

<Elianie? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz