Cicho syknąłem z bólu, kiedy Serathion wbił się w mój nadgarstek. Zrobił to bardzo agresywnie, niedelikatnie, nie było w tym ani grama przyjemności czy intymności. Kierował nim czysty głód... a on mi później mówi, że wcale nie potrzebuje krwi. Dobrze, że w końcu mogę się z nim nią podzielić. I tak wyruszymy w podróż za minimum trzy tygodnie, i to przy bardzo dobrych wiatrach, więc na pewno się wyleżę, wydobrzeję i wypocznę. Mogę się z nim trochę podzielić moją krwią. Mam jej dużo. Starczy i dla mnie, i dla niego.
Mimo bólu, nie przestawałem. Chciałem, by wypił jak najwięcej, by doprowadził mnie do skraju. Chciałem mu jej dać jak najwięcej, ile byłem w stanie mu dać na ten moment. Za długo się powstrzymywał. Najwyższa pora to naprawić.
- Starczy – powiedziałem czując, że to już jest to. A jeszcze przecież musiałem zejść na dół i odnieść te naczynia, tak, jak obiecałem.
- To było dobre – powiedział zadowolony, oblizując swoje wargi. Kąciki ust, delikatnie uniesione, nagle opadły, kiedy jego jasne oczy spoczęły na mojej twarzy. - A ty jesteś strasznie blady... przesadziłem, prawda?
- Jakbyś przesadził, już bym odpłynął. Nie martw się, znam swoje ciało – powiedziałem, unosząc dłoń i kładąc ją na jego policzku.
Od razu wyglądał lepiej, piękniej, ewidentnie moja Różyczka rozkwitła. Domyślałem się też, że kiedy opuścimy to miejsce, rozkwitnie jeszcze bardziej. Nie dość, że ruszymy, zaczniemy podróżować, zwiedzać, to jeszcze nie będzie musiał przejmować się podchodami Lidii i nieprzyjemnościami ze strony Dony. Jestem pewien, że nie może się doczekać. Ja w sumie trochę też. Do tej pory, kiedy to miałem takie warunki podczas zimowania, strasznie się rozleniwiałem, i nie odczuwałem takiej potrzeby wyruszenia w podróż, miałem w końcu wszystko, czemu miałbym chcieć gdziekolwiek ruszać? Nie podobało mi się jednak zachowanie bliskich mi kobiet wobec wybranka mego serca. Może byłoby inaczej, gdyby były dla niego miłe, ale tak prawdziwe miłe, gdyby go po prostu zaakceptowały. Może przez tę przerwę to przemyślą, i powitają go inaczej za te kilka lat.
- Moja Różyczka rozkwitła... miło mi to widzieć – dodałem po chwili, uśmiechając się słabo. Każda jedna kropla krwi była go warta.
- Głupiś – prychnął, ale od razu dostrzegłem, że moje słowa mu się spodobały. - Połóż się. Odniosę te naczynia i do ciebie wrócę.
- Ja je mogę odnieść. Nie musisz się z nią widzieć – zaproponowałem. W końcu, to moja powinność, ja chciałem zjeść na górze, więc ja powinienem się zająć talerzami.
- Uważaj, bo cię puszczę. Jeszcze mi się na schodach wywalisz, i tyle z tego będzie – odpowiedział, cicho prychając. - Będę grzeczny, nie musisz się o to martwić. Ta dziewka nie usłyszy ode nie żadnego złego słowa.
- Mam nadzieję. Wiesz, że cię kocham, prawda? - dodałem, chwytając jego dłoń, by zwrócić na siebie jego uwagę. Niech myśli tylko o tym, co mu powiedziałem, a nie na tym, kogo spotka tam na dole.
<Różyczko? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz