Poświęcenie to za duże słowo. Po prostu wyszedłem z nim do ludzi, by poobserwował kolorowe światełka. Jeśli chodzi o faktyczne poświęcenie, to też byłem w stanie je złożyć. Jeśli tylko by tego potrzebował, jeśli tego wymagałaby sytuacja, na pewno bym to zrobił. Śmiało mogę oddać swoje życie za jego. Jego jest więcej warte niż moje, i mogę to śmiało przyznać. On oczywiście uważał inaczej, bo jest kochany. Jest dobrą istotą, tylko musi się nauczyć to pokazywać.
Wybraliśmy najlepsze miejsce, jak chodzi o obserwację. I nie tylko my, mnóstwo ludzi także. Dla Serathiona zagryzłem zęby i nic nie mówiłem, to tylko chwila, wytrzymam tu. Najważniejsze, że moja Różyczka jest obok, że nikt nas nie rozdzielił i jesteśmy tu razem. Tylko to jest dla mnie ważne. Cała reszta to tylko tło. Trochę to upierdliwe tło, głośne, śmierdzące... no ale tło.
W chwili, gdy na niebie pojawiły się pierwsze kolory, pojawiły się głośne oklaski, okrzyki zachwytu. Dla kogoś, kto to widzi pierwszy raz, faktycznie może to być coś niezwykłego. Ale czy dużo tu jest takich osób? Nie wydaje mi się. No ale niech się ludzie cieszą, wystarczy, że ja jestem starym zgredem, który na wszystko narzeka.
– Szczęśliwego Nowego Roku. Oby ten był dla ciebie lepszy niż poprzedni – powiedziałem cicho do jego ucha, po czym ucałowałem jego płatek.
– Jesteś ze mną. Już jest lepszy – powiedział, wtulając się we mnie. – I... co teraz?
– Teraz cieszymy się. Składamy sobie życzenia. Pijemy, drzemy mordy, i... sam nie wiem. Za bardzo nigdy w tym święcie cię uczestniczyłem, wiesz? Zbyt chaotyczne. Jestem domatorem – powiedziałem, odciągnąłem go od tłumu. Za głośno. Za tłoczno.
– Domatorem? I dlatego prowadzisz wędrowniczy tryb życia? – spytał, ewidentnie rozbawiony.
– Cóż, chciałbym mieć dom. Bardzo. Jednakże nie mogę sobie na to pozwolić – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. W sercu jestem domatorem, a zostaję zmuszony do takiej okropnej pracy.
– Mój biedny chłopiec – odpowiedział, po czym go pocałowałem w policzek. – Wracamy do pokoju?
– Tylko jeśli ty chcesz – odpowiedziałem. Nie chciałem na nim wywierać żadnej presji. Skoro wyszliśmy razem, pewnie nie miał jeszcze ochoty wracać, zwłaszcza, że dawno tego nie robiliśmy. Przez dużą ilość ludzi było tu całkiem ciepło, więc temperatura nie była dla mnie problemem. Gorzej z tłumem, ale jeszcze trochę go zniosę. Jutro pewnie cały dzień spędzę w pokoju, poza wychodzeniem po jedzenie dla siebie i kota, więc na pewno zdążę się wyciszyć. A drugiej takiej sytuacji prędko nie będzie.
– W sumie nie chcę, ale... – zaczął, jednak nie pozwoliłem mu dokończyć. Znałem to jego ale. To będzie ale w stylu „ale ty możesz już mieć dosyć”. Nie mogę mu pozwolić, by patrzył tylko na mnie. Niech także pilnuje siebie, zwłaszcza, że ostatnio wszystko robimy pode mnie. Ten wieczór ma być dla niego.
– Skoro w sumie nie chcesz, to może pójdziemy na spacer? Z dala od nich wszystkich – zaproponowałem, uśmiechając się do niego delikatnie.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz