Jakiż on był przeuroczy. Uwielbiałem, kiedy mówił, że mnie kocha, zwłaszcza, że wiem, że nigdy wcześniej nikomu ich nie mówił. Było coś w tym wszystkim takiego intymnego, a jednocześnie to mnie martwiło. Wyglądał, jakby był naprawdę mocno w to wszystko wciągnięty, szczerze oddany, więc jak on to będzie przeżywał, kiedy mnie zabraknie? Może za wcześnie i tym myślę, i niepotrzebnie się tak stresuję, ale jednocześnie ta myśl nie potrafiła mi wyjść z głowy. Bałem się w duchu, że jeśli nagle coś złego mi się przytrafi, zniesie to źle. Bardzo źle. Może po jakimś czasie tak silna fascynacja moją osobą mu minie... trochę tak na to liczyłem. Wtedy na pewno nie będzie cierpiał aż tak bardzo.
– Powinieneś jeszcze coś zjeść – zauważył po krótkim czasie, delikatnie się krzywiąc. Domyśliłem się, że gdyby nie słońce, nie mówiłby tego, tylko po prostu poszedłby po posiłek.
– Nie mam na razie większej ochoty. Słońce zajdzie, to zejdziemy na dół. Razem. Coś wybiorę i wrócimy z posiłkiem na górę – powiedziałem, niespecjalnie przejęty tym, że jeszcze trochę muszę czekać.
– Po co masz schodzić na dół? Sam ci mogę przynieść za te kilka godzin – zauważył słusznie, na co lekko się uśmiechnąłem.
– Muszę pokazać Donie, że żyję i że tak dobrze się mną opiekujesz, wspomagając mnie w chodzeniu po schodach. Poza tym, taki spacerek mi się przyda, nie uważasz? – odpowiedziałem, poprawiając kosmyk jego włosów. Takie drobne gesty były w końcu najpotężniejsze i najwięcej znaczyły.
– Cokolwiek byś nie zrobił, i tak zawsze będę tym najgorszym. Już przywykłem – wzruszył ramionami, próbując wyjść na nonszalanckiego, ale ja doskonale widziałem, jak go to rusza. Nie byłem ślepy. Gdzieś w środku bolały go te wszystkie oskarżenia, i nie dziwiłem się mu. Gdyby to było jednorazowe, wtedy pewnie by się tym nie przejął. Ale jak to się powtarza za każdym razem, kiedy tylko go widzi... Też by w końcu było mi przykro.
– Przy mnie jeszcze trochę się powstrzymuje – powiedziałem łagodnie, przyglądając mu się z uwagą. Ostatnio bardzo mało go widziałem. Musiałem nadrobić zaległości. – Jeszcze trochę. Poczuję się bardziej na siłach i zabiorę się za gromadzenie rzeczy potrzebnych do podróży. I z pierwszymi wiosennymi promieniami wyjedziemy stąd.
– Mhm... i nigdy tu nie wrócimy. Chyba – podniósł wzrok, przyglądając mi się bacznie. – Nie wrócimy, prawda?
– Nie wiem. W pierwszej kolejności zabiorę cię nad morze, a do niego daleka droga. A później się okaże. Pewne jest jedno, przez kilka dobrych lat faktycznie tutaj nie zajedziemy – obiecałem mu, po czym złożyłem pocałunek na jego czole. Podróż nad morze o własnych nogach zajmie nam dobre paręnaście tygodni. Jeśli mu się tam spodoba, pewnie spędzimy tam więcej czasu. A później... a później się zobaczy. Nie wszystko na raz się przecież da zaplanować.
<Różyczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz