Byłem wściekły. Naprawdę wściekły. Chcą, bym więcej ingerował w życie rodzinne, ingeruję, i wielkie pretensje, coś uważam za nie w porządku. Mówiłem im, że nie nadaję się do życia rodzinnego, a Mikleo jak zwykle uważał co innego. Nie jestem tym, kim chciałby, bym był. Jestem demonem. Pomimo tego, że nie utraciłem swoich pozytywnych emocji, już nie nadawałem się do rodzinnych rzeczy, które wymagają więcej zrozumienia, delikatności. Nadaję się do prostych rzeczy. I tego powinienem się trzymać. Jak chce, niech ich rozpieszcza. Jak uważa, że przy każdej sytuacji może ich klepać po główce, niech to robi. Ale niech on później nie przychodzi do mnie, jak dzieciaki wejdą mu na głowę, albo jak będą mieć problemy, bo zaczną się roszczeniowo zachowywać. Będę dbał o ich bezpieczeństwo, o to, by mieli co jeść, za co żyć, i na tym niech to się skończy. Do niczego innego się nie nadaję. Chyba nawet związek nie jest dla mnie. Nie z delikatnym, wrażliwym aniołem, którego czasem nie rozumiem. Zasługuje na kogoś lepszego.
Ogień buchnął w kominku. Nie panowałem nad swoimi emocjami bardziej, niż podejrzewałem. Jak tak dalej pójdzie, jeszcze coś tu spalę, a na to nie mogę pozwolić. Wdech, wydech. Machnąłem ręką, uspokajając płomienie, które zamiast szaleć zaczęły przyjemnie tańczyć. Muszę się zdystansować. Tak będzie najlepiej dla wszystkich, po prostu. Muszę zacząć robić to, do czego zostałem przywrócony. Gdybym skupił się tylko na tym, wszystko byłoby w porządku.
Wyczułem, że Mikleo opuścił dom. Nie zareagowałem na to. Niech robi, co chce. Niech w ogóle wszyscy robią, co chcą. Ja tylko będę pozbywać się niebezpieczeństw. A skoro teraz nikt nam nie grozi, nie mam co panikować. Zresztą, nie chce ze mną rozmawiać, wyraźnie to pokazał. Nie będę się narzucał.
- Nie patrz tak na mnie – burknąłem do Banshee, która nie opuszczała mnie, odkąd tylko się wróciłem do sypialni. Nie mówiła nic. Obserwowała mnie tylko tym osądzającym spojrzeniem. - Nie nadaję się do rodzinnego życia. Po prostu. Zawsze tak się dzieje, jak staram się bardziej w tej rodzinie uczestniczyć. Zawsze to ja jestem problemem. Usunę się stąd, to i problem zniknie.
Banshee potrząsnęła masywnym łbem. Nie zgadzała się ze mną, ale to nic dziwnego. Ona... ona była troszkę inna. Inaczej pojmowała ten świat. Chociaż już była bardziej dojrzała, bo spędziła ze mną te kilka lat w piekle, dalej nie rozumiała niektórych rzeczy, co było dziwne, bo ze wszystkich domowników to z nią najczęściej się zgadzałem.
- Nadaję się tylko do walki. Czy z demonami, czy z własną rodziną – mruknąłem ponuro, nerwowo bawiąc się swoimi palcami. - Nie chcę walczyć z rodziną. Więc skupię się na walce z tymi pierwszymi. W ten sposób nie będę krzywdził Mikleo i dzieciaków – dodałem cicho, wpatrując się przez okno. Im dłużej trzymam się z daleka od nich, tym było lepiej, ale uległem Mikleo i co z tego ma?
<Owieczko? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz