Gdy tylko przytuliłem moją piękną panienkę do siebie, poczułem znajomy zapach, ten sam, który tak dobrze znałem i który zawsze tak bardzo lubiłem. W jednej chwili wróciły wspomnienia, ciepło i bliskość, za którymi tęskniłem przez długie miesiące. Muszę jednak przyznać, że brakowało mi nie tylko jej… a raczej bardziej jego.
Mojego panicza. Mężczyzny, który dziewięć miesięcy temu odszedł, zmieniając się w kobietę. I choć wiem, że to wciąż ta sama osoba, to jednak w moim sercu pozostała tęsknota za nim, za tym, którego poznałem, którego pokochałem i z którym chciałem związać swoje życie.
To trudne uczucie, bo rozum podpowiada mi jedno, a serce czuje coś zupełnie innego. Patrzę na nią i widzę kogoś bliskiego, kogoś ważnego… ale jednocześnie wciąż szukam w niej jego, jego gestów, jego spojrzenia, jego obecności.
Brakuje mi tego mężczyzny. Tego, kim był dla mnie. Tego, co razem tworzyliśmy.
I choć wiem, że to jedna i ta sama osoba, nie potrafię do końca uciszyć tej tęsknoty. Mam jednak nadzieję, może naiwną, a może jedyną, która mi pozostała, że jeśli kiedyś wróci do siebie, do tej części, którą znałem, jeszcze będziemy mogli cieszyć się sobą tak jak dawniej. Bez udawania, bez gubienia się w tej dziwnej grze, której żadne z nas tak naprawdę nie chcę już powtarzać.
Mamy już dwoje dzieci. To wystarczy. Nie potrzebujemy więcej zmian, więcej zamieszania, więcej bólu. Potrzebujemy spokoju, bliskości i prawdy tej samej, która kiedyś nas połączyła.
I może właśnie do niej powinniśmy spróbować wrócić.
- Kocham cię. Wiesz o tym… kocham cię nad życie. I bardzo chcę, żebyś o tym pamiętał, bez względu na wszystko. Nieważne, co się stanie, jak bardzo się zmienimy… pamiętaj, że zawsze będę przy tobie. Zawsze będę cię kochać. I nigdy cię nie opuszczę - Powiedziałem cicho, całując jej śliczne czoło i delikatnie głaszcząc ją po plecach.
- Haru… nie mów tak. To brzmi jak pożegnanie - Odpowiedział, marszcząc lekko brwi. - A my się przecież nie żegnamy. Nikt z nas nie umiera. Mamy dwoje dzieci… więc nawet nie próbuj mnie teraz zostawiać - Dodał z nutą powagi, która jednak brzmiała jak pół-żart, pół-groźba.
Nie mogłem się nie uśmiechnąć. Jego słowa mnie rozbawiły, ale też gdzieś głęboko poruszyły.
Nie chciałem, żeby odebrał to jako pożegnanie. Broń Boże, nie żegnałem się z nim. To nie był koniec, tylko wyznanie. Chciałem, żeby wiedział. Że go kocham. Że niezależnie od tego, co przyniesie życie, co się w nas zmieni, przez co będziemy musieli przejść, ja będę przy nim. Zawsze. Na zawsze.
- Nie… oczywiście, że to nie jest pożegnanie. Za bardzo cię kocham, żeby się z tobą żegnać. Poza tym jesteś wszystkim, co mam w życiu. Ty i dzieci… bez was nic nie miałoby znaczenia - Wyjaśniłem spokojnie, uśmiechając się łagodnie, chcąc, żeby naprawdę uwierzył w każde moje słowo.
Przez chwilę patrzyłem na niego w ciszy, jakby samym spojrzeniem chciał przekazać to wszystko, czego nie dało się już ująć w słowa.- A teraz chodźmy spać - Dodałem ciszej, niemal szeptem. - Maluchy niedługo się obudzą, więc trzeba korzystać z ich dobroci. - Delikatnie przyciągnąłem go bliżej siebie, chcąc, żeby po prostu zasnął spokojnie, bez lęku, bez zbędnych myśli, tylko tu, obok mnie.
<Panicznu? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz