Szczerze przeraziłem się, gdy Sorey upadł bezwładnie na ziemię, mówiłem przecież, że to nie będzie dobry pomysł, a mimo to Sorey mnie nie posłuchał i co teraz?
Przerażony podszedłem do męża, patrząc na niego z przerażeniem w oczach.
- Dlaczego nam to robisz? Co znów zrobiliśmy nie tak? Wiecznie tylko jesteśmy nie dość dobrze, wychowaliśmy już troje dzieci i każde z nich wyrosło na mądrych ludzi nie krzywdzących nikogo, czego uważasz, że tym razem byłoby inaczej? - Zapytałem, odczuwając wewnętrzną złość na dziadka, odkąd tylko pamiętam, dziadek miał pretensje o wszystko do nas, zapominając o sobie o tym, że to on nas tak wychował i to on nas ukształtował na takich ludzi, dlaczego teraz ma z tym problem?
- Dlaczego? Nie nadajecie się na rodziców dobrze, że Yuki, Misaki i Merlin przeżyli wasze wychowanie, nie pozwolę, aby następne dzieci zostały przez was skrzywdzone, nie nadajecie się na rodziców, bo sami jesteście jeszcze dziećmi, do tego Sorey powinien pozostać w niebie a ty, ty nigdy nie powinieneś stad odejść, wszystko zaczęło się od twojego odejścia, a więc to twoja wina, że dzieje się to wszystko - Słysząc jego słowa, poczułem złość, okropną złość, od lat słyszę tylko, że coś jest moją winą, że to ja wiecznie jestem czegoś winien, nie dość wystarczalny, nie dość dobry, nigdy nie będę dla niego dość dobry i chociaż bardzo bym tego chciał, nie jestem w stanie tego złość, bo cokolwiek zrobię i tak będzie nie dość dobrze.
Zły z powodu słów dziadka, który zawsze miał mnie za głupszego, niż jestem.
Wstałem z ziemi, patrząc na dziadka, tworząc w dłoni broń, która pomogła mi w walce.
- Jesteś pewien? Pokonam, cię tak samo, jak pokonałem jego - Powiedział, patrząc prosto w moje oczy.
- Jeszcze zobaczymy - Zawołałem, atakując go bez ostrzeżenia.
I w taki właśnie sposób rozpętała się między nami prawdziwa wojna, której żadne z nas nie chciało przerwać.
W tej chwili byłem tak strasznie zły, nie mogąc już dalej dać się traktować, ile już razy traktował mnie jak nic nie warte szczenie, które o życiu nic nie wie. Nie to on nic o życiu i świecie nie wie, przez cały ten czas żyje wojną, wojną, która już dawno się zakończyła, ludzie są inni, a on wciąż nie może tego zrozumieć.
- Mam już tego dość, to ty jesteś problem nie ja i nie my, tylko ty! - Krzyknąłem, zadając cios, który powalił dziadka.
- Co się z tobą dzieje? Zmieniłeś się - Powiedział, zaskoczony leżąc na ziemi.
- Przejrzałem na oczy, tobie też polecam - Odparłem, wyrzucając jego broń, wracając do męża, który wciąż leżał nieprzytomny.
- Już dobrze Sorey jestem przy tobie - Szepnąłem cicho, lecząc wszystkie jego rany, z ulgą dostrzegając, że już wszystko z nim dobrze.
- A teraz oddaj mi dzieci - Ponownie zwróciłem się do dziadka, patrząc na niego groźnie.
- W chatce, ale zanim tam pójdziesz, zastanów się, czy aby na pewno tego chcesz - Zatrzymał mnie jeszcze na chwilę.
- Nie chce niczego tak bardzo, jak posiadania rodziny - Wyznałem, idąc do chatki, gdzie znalazłem nasze małe przerażony dzieci.
- Już, już nie płaczcie, mama tu jest - Wziąłem maluchy w ramiona, wychodząc z chatki, nie dostrzegając już nigdzie dziadka, zauważyłem jednak, iż mój mąż powoli podnosił się do siadu.
- Sorey? Jak się czujesz? - Zapytałem, podchodząc z maluchami do ich tatusia.
<Pasterzyku? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz