Lekko otumaniony i obolały rozejrzałem się wokół, jeszcze nie do końca wiedząc, co się dzieje. Ostatnie, co pamiętałem, to uderzenie z dużą siłą o ścianę góry, która była naturalnym murem chroniącym Azyl przed światem zewnętrznym. I to było dosyć bolesne uderzenie. W ogóle nie spodziewałem się, że ono nastąpi. Zresztą, nawet jakbym się spodziewał, to nie byłem pewien, czy dałbym radę uniknąć. Trochę energii straciłem na usilnym zaatakowaniu go, co nawet mi się nie udało. Ale teraz dałbym mu radę. Jak już znam jego ruchy, patenty, no to dałbym mu radę. Gdybym tylko miał jeszcze jedną szansę...
– Dada – usłyszałem, co mnie mocno zaskoczyło. Dzieci? One... Są tutaj? Odwróciłem się w stronę tego dźwięku, dostrzegając w końcu i mojego aniołka, i moje dwa małe szkraby, które jakoś strasznie chude były. Biedactwa, a tak ładnie rosły... I że my je trujemy niby.
– Dzień dobry, księżniczko. Witaj, przystojniaku – powiedziałem słabo, siadając na trawie i opierając się o ścianę, w którą jeszcze chwilę temu przywaliłem. A może to nie była chwila... Nie byłem pewien, ile czasu minęło. – Miki? Gdzie dziadek? – spytałem, przytulając do siebie moje dwa małe szkraby. Strasznie schudły... I jakieś takie blade są. Ja wiem, że one zawsze były blade i chude po mamusi, ale żeby aż tak? Jeszcze tak źle z nimi nigdy nie było. Ucałowałem jednego, a potem drugiego w główkę, w końcu odczuwając ulgę. Są bezpieczne. Chyba. Jeszcze nie mogę tego stwierdzić, bo nie wiem, co się stało z dziadkiem.
– Nie wiem. Jak wróciłem z dziećmi, to go tu już nie było – wyjaśnił, podchodząc do mnie, by także położyć się na ziemi obok.
Czyli kiedy ja byłem nieprzytomny, on musiał iść po dzieci. Innego tu wytłumaczenia nie widzę... Czyli oznacza to, że musimy uciekać wraz z dziećmi, nim dziadek wróci. W razie czego mogę robić za przynętę i go spowolnię. Nie wiem jeszcze, na jak długo, ale się postaram wytrwać jak najdłużej.
– Czyli musimy uciekać. Weź dzieci, a ja postaram się jakoś go spowolnić i dam wam czas – powiedziałem, jeszcze nieco zdezorientowany, ale już gotów stawić czoło dziadkowi.
– Sorey, już, spokojnie, nie musimy się spieszyć, a ty nie musisz z nikim walczyć. Pokonałem go – uspokoił mnie, jednocześnie mocno zaskakując. On? Pokonał go? Ale... W sumie, to miało sens. I to nawet bardzo dużo sensu.
– Mówiłem ci, że jesteś silniejszy, niż ci się wydaje – wyjawiłem, zmęczony opierając głowę o tę niewygodną i twardą ścianę. Pięć minutek, i mogę wstawać, i możemy wracać do domu.
– Poczekaj tutaj z dziećmi, pójdę po Aurorę – odezwał się i nim się zorientowałem, już go nie było. Przepraszam bardzo, a po co po Aurorę? Jeszcze jej nie ufałem. Mikleo jej ufał, bo ją pamiętał, ale jak dla mnie jest nim zdecydowanie zafascynowana, jak nie zauroczona jego osobą. On twierdzi swoje, ale ja mam oczy i widzę. Może i jestem głupi, ale nie ślepy.
– Mamusia zaraz wróci i pójdziemy do domu – obiecałem dzieciom, które już lekko były niezadowolone z powodu tego, że mama odeszła, i nic dziwnego, w końcu ta mamusia jest najlepsza na świecie.
<Owieczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz