Słysząc jego słowa skierowane do mojego męża poczułem, jak zaczęło się we mnie gotować. Już pal licho, co o mnie mówił, bo nawet trochę racji miał, byłem strasznie głupi, ale to, co mówił o Mikim w ogóle się nie zgadzało. Jak on w ogóle może tak się zwracać do swoich podopiecznych? Był dla nas rodzicem, powinien nas wspierać w naszych działaniach, nie dołować jeszcze bardziej i mówić takie kłamstwa na temat Mikleo. Jeżeli ktoś tu nie nadawał się na bycie rodzicem, to on.
- Nawet nie waż się w ten sposób mówić do Mikleo. Jest najwspanialszym rodzicem pod słońcem i pod jego opieką dzieciom nigdy niczego nie brakowało – syknąłem czując, jak krew wręcz wrze mi w żyłach.
- Oboje truliście je ziemskim jedzeniem. Módlcie się, by jeszcze nie było dla nich za późno i by udało się je oczyścić – odpowiedział tonem pełnym pogardy, całkowicie mnie dezorientując. Co złego jest w jedzeniu ziemskiego jedzenia? Ja je jem, Miki je je i nawet Lailah je je. I wszyscy żyjemy, nikt nie spłonął w ogniu piekielnym, z tego co zauważyłem. Poza tym, gdyby to było złe, Lailah by nam wcześniej o tym dała znać.
- Więc co? Mieliśmy im kazać głodować? – spytałem, mocno poddenerwowany, będąc już o krok od wybuchu.
- I tym tylko udowodniliście, że całkowicie nie nadajecie się do rodzicielstwa i krzywdzicie dzieci. Jeżeli chcecie ich dobra, powinniście stąd odejść – stwierdził, odwracając się do nas tyłem.
I te słowa sprawiły, że nie wytrzymałem. My krzywdzimy dzieci? A on niby co robi, zabierając nam je? Taki stres i strach jest la nich dobry? Nie panując nad sobą, wyciągnąłem miecz i rozłożyłem skrzydła, całkowicie ignorując mojego męża, który zaczął lekko panikować, czego całkowicie nie rozumiałem. Przecież słyszał dokładnie to, co ja. I niech nie mówi mi, że dziadek nie zasługuje na dołożenie mu, bo zasługuje, za to, co mówił mojemu Mikleo, i za to, że zabrał nasze dzieci. I ja sprawię, że pożałuje tego, co zrobił.
- Oddaj nasze dzieci – syknąłem, czując, że jestem o krok od wybuchu.
- Niektórym trzeba naukę do głowy tłuc. Wyjdźmy na zewnątrz, nie chciałbym, byś zniszczył mi dom – powiedział niedbale, wymijając mnie i kierując się w stronę drzwi. On ze mnie ewidentnie drwił, a właściwie nie ze mnie, a z nas obu... nie, tego mu nie daruję.
- Sorey, jeszcze jest czas, by się wycofać, odłóż broń, przeproś go i... – zaczął Mikleo, próbując mnie przekonać do zmiany zdania, ale ja już byłem jak w amoku.
- I co? Mam mu pozwolić zabrać nasze dzieci? I pozwolić, by cię obrażał? Sprawię, że pożałuje – syknąłem i wyszedłem z domu, gotów spalić go na popiół, bo tylko na to zasługiwał.
Walka nie była prosta. Miałem wrażenie, że starszy Serafin traktuje mnie niepoważnie, jakby od niechcenia odpierał moje ataki czy robił uniki, sprawiając wrażenie, jakby się nie starał, co denerwowało mnie jeszcze bardziej i tym samym napędzał mnie do ataku jeszcze bardziej. Dopóki nie zaatakował. Właściwie, to zaatakował tylko raz. Skierował w moją stronę silny podmuch wiatru, i to na tyle silny, że pchnął mnie na jedną z górskich ścian, w którą uderzyłem z impetem. Uderzenie to odebrało mi dech w piersiach, a zaraz po tym opadłem na ziemię, tracąc przytomność, ale nim to się stało, usłyszałem Mikleo... znaczy się, chyba, nie byłem pewien, bo odcięło mnie niemal od razu.
<Owieczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz