Westchnąłem cicho, kręcąc głową, niczego nie potrzebowałem, gdyby tak było, poprosiłbym o to, a skoro nie proszę, on może spokojnie zająć się dziećmi, a ja przygotuję obiad i posprzątam przed jego przygotowaniem i po jego przygotowaniu. On to niech się skupi na dzieciach, one bardzo go potrzebują niż ja sam.
- Nie musisz mi w niczym pomagać, ja sobie świetnie poradzę sam, a ty zajmij się maluchami - Powiedziałem, wciąż nie wierząc w to, że moja obrączka została oddana do jubilera i to jeszcze bezpowrotnie, mam teraz chodzić bez niej? Nie chce bez niej chodzić, nie czuje się dobrze bez niej, co jednak miałem uczynić? Musiałem to przetrwać wiedząc, że obrączki i tak nie odzyskam.
- W porządku, ale jeśli będzie czegoś potrzebował. Wołaj, od razu przyjdę - Odezwał się do mnie, całując w czoło, nim zabrał maluchy do salonu, zajmując się nimi wystarczająco dobrze, abym mógł spokojnie zająć się obiadem dla dzieci, a i przy okazji dla nas samych, bo czemu by również nie zjeść. Teraz gdy znów mamy pieniądze, możemy od czasu do czasu coś sobie zjeść wraz z rodziną.
Zerkając co jakiś czas na moich bliskich, widziałem, jak bawiły się z kotkami, wybierając im imiona. Wąsik i Kluska, dlaczego Kluska? Tego nie wiedziałem, na grubą kotka nie wyglądała, chociaż z tego, co widzę, je bardzo dużo, a to może oznaczać, że jednak będzie słodziutką kluseczką.
Słysząc ich śmiech, uśmiech sam pojawiał się na moich ustach, patrzenie na nich sprawiało mi radość, a serce biło znacznie szybciej. Moje szczęście to moi bliscy a ja nie chciałbym tego nigdy zmieniać.
- Sorey, obiad już jest, weź dzieci - Poprosiłem go, nakładając na talerze ciepły rosół, który każde z nas na pewno chętnie lubi jeść.
- Już idziemy - Zawołał, wchodząc z dziećmi do kuchni, sadzając je na swoich krzesełkach, podając im łyżki.
- To nie jest dobry pomysł, poparzą się - Powiedziałem, troszeczkę martwiąc się o dzieci, w końcu to jeszcze maluchy.
- Dadzą sobie radę, nie musisz się przecież przejmować, niech się uczą - Sorey uspokoił mnie, mimo wszystko pomagając maluchom, aby te się nie poparzyły. Mnie uspokaja a sam i tak im pomaga jeść.
Nie komentując tego, bo i po co zająłem się jedzeniem, mimo wszystko zerkając na dzieci, którym albo ja, albo Sorey pomagał jeść.
- Pomóc mi? - Zapytał, zwracając moją uwagę, gdy po jedzeniu zebrałem talerze, zanosząc je do zlewu.
- Spokojnie sam sobie poradzę, nie musisz mu pomagać - Przyznałem, zabierając się do pracy. Sorey znów zajął się dziećmi, a ja wysprzątałem kuchnie, mogąc skupić się na rodzinie, z którą spędziłem resztę dnia, nim maluchy umyte i czyste trafiły do łóżeczka spać.
Zadowolony z ciszy i spokojnie usiadłem przy lustrze, rozczesując swoje włosy, mając nareszcie czas dla siebie.
Sorey widząc co robię, podszedł o mnie, zabierając mi grzebień z dłoni, chcąc samemu rozczesać moje włosy, no i tyle byłoby z przyjemności.
- Wiesz, mógłbyś ściąć grzywkę, wciąż nie widać twoich włosów - Powiedział, bliscy się moimi włosami, co było bardzo przyjemne, no i po co robić to samemu jak może robić to twój mąż.
- Dobrze zrobię to - Zgodziłem się, od razu robiąc to, o co mnie prosił, nie dając mu nadal czesać moich włosów, to może zrobić później.
Zamykając się w łazience, ściąłem grzywkę tylko tak, aby odkryć oczy tak, jak chciał tego mój mąż.
- I jak wyglądam? Lepiej? - Zapytałem, wychodząc z łazienki, wracając do męża, który grzecznie czekał na mnie z grzebieniem w ręce.
<Pasterzyku? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz