sobota, 9 września 2023

Od Mikleo CD Soreya

 Na jego słowa w myślach przeanalizowałem, ile mniej więcej nam pozostało do spotkania na swojej drodze Azylu i dziadka, który tak łatwo dzieci nam nie odda, bo przecież się nie nadajemy, jesteśmy tylko głupimi dziećmi, które nie radzą sobie z wychowaniem własnych dzieci.
- Spotkamy Azyl za kilka godzin, im wcześniej wstaniemy, tym szybciej dotrzemy do Azylu, a i tak od razu dzieci nie odzyskamy, dziadek nam tak łatwi ich nie odda - Powiedziałem, doskonale wiedząc, jak ciężko będzie nam znów odzyskać nasze dzieci.
- Nie martw się, odzyskamy je i nikt ani nic nam w tym nie przeszkodzi - Powiedział, całując mnie w czoło, nakrywając nas obojga kocem.
- Obyś miał rację - Szepnąłem, powoli odpływając do krainy snów.

Rano, gdy tylko otworzyłem oczy, rozciągnąłem się leniwie, delikatnie szturchając męża.
- Hej kotku wstawaj, nie ma co zwlekać - Wyszeptałem, chcąc wybudzić go ze snu, z którego nie bardzo chciał się wybudzić, powtarzając swoje standardowe „jeszcze pięć minut”, jak ja to dobrze znam i wiem, że jego pięć minut potrwa jeszcze tak z pół godziny, a nawet i może godzinę kto go tam wie.
- Sorey wstawaj, nie mamy czasu, nasze dzieci nas potrzebują, pamiętasz? - Powiedziałem, nie zaprzestając delikatnie go szturchać.
- Tak, tak dzieci już, już wstaje - Odparł, podnosząc się do siadu, przecierając dłonią zaspane oczy, rozciągając się leniwie jak zwierzak, wstając na równe nogi. - Możemy już iść - Powiedział, gotowy do wyruszenia w podróż..
- Hej spokojnie jeszcze musimy się spakować, nie bądź w gorącej wodzie kapany - Odezwałem się, biorąc do rąk koc, który złożyłem.
- No tak masz racje - Kiwnąłem głową, zabierając ode mnie koc, chowając go do torby, zabierając ode mnie, zakładając na plecy, rozkładając skrzydła. - No chodź - Zawołał mnie, ruszając w drogę, zmuszając mnie troszeczkę do przyspieszenia, w końcu musiałem z nim wyrównać lot, aby mi się nie zgubił.

Kilka godzin minęło, nim trafiliśmy do Azylu, gdzie musieliśmy zatrzymać się przed bramą.
- Teraz bardzo cię proszę, nie wychylaj się, zachowuj z szacunkiem i nikomu nie wchodzi w słowo, a gdy spotkamy dziadka, nie atakuj go przypadkiem - Poprosiłem, patrząc na niego z uwagą.
- Dlaczego? On właśnie na to zasługuje, zabrałem nasze dzieci - Powiedział, pusząc swoje policzki, ukazując mi tym samym swoje niezadowolenie.
- Ponieważ nie masz z nim najmniejszy szans - Powiedziałem, otwierając bramę, która przekroczyliśmy, wchodząc do Azylu.
- Udowodnię ci, że go pokonam - Powiedział, zbyt pewny swego, jeszcze się może zdziwić, jak silny jest dziadek, z nim może nie wygrać, nie żebym ja miał wielkie szanse, dlatego musimy spokojnie z nim porozmawiać i poprosić, aby oddał nam nasze dzieci.
- Przestań gadać, skup się na tym, co do ciebie mówię, spróbujmy z nim porozmawiać. Wiem, że to niewiele, ale musimy, chociażby spróbować, przemoc rodzi przemoc, a wojna z dziadkiem nie ma najmniejszego sensu - Wytłumaczyłem, zatrzymując się przed wielkimi drzwiami. - Głęboki wdech i wydech nie panikuj Mikleo - Powiedziałem, sam do siebie czując, jak ręce zaczynając mi drzeć.
- Hej Miki wszystko gra? - Zapytał mój mąż, dotykając moją dłoń.
- Tak, wszystko jest dobrze - Zapewniłem, chociaż dobrze wcale nie było i nie będzie, dopóki dziadek tu będzie..

<Pasterzyku? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz