sobota, 9 września 2023

Od Soreya CD Mikleo

 Widziałem, jak mój mąż się boi, i aż serce mi się krajało, widząc go w takim stanie. To miejsce wręcz go przerażało... co tu musiało się dziać, że aż tak się go boi? Nawet o tym myśleć nie chciałem. Co kierowało dziadkiem, by tak wszystkimi... nie wiem, pomiatać, tylko takie słowo mi się nasuwało na myśl. Co oni w ogóle mu zrobili, że wszystkich tak traktuje? I że nienawidzi aniołów wody? I czemu ich zamknął? Nadal miałem jeszcze tyle pytań... no ale teraz nie miałem na to czasu. Musiałem skupiać się na dzieciach, i moim malutkim Mikim, który zdecydowanie nie chciał tam wejść. 
- A może ja tam wejdę? Ty tu zostaniesz, a ja wrócę z dziećmi – zaproponowałem, zaciskając nasze palce w szczelnym uścisku. 
- Wybacz, ale jeżeli cię tam puszczę samego, to istnieje ryzyko, że rozniesiesz pół Azylu. Po prostu bądź blisko mnie i pozwól mi rozmawiać z dziadkiem i radą – poprosił, ewidentnie siląc się na uśmiech. Moje maleństwo biedne... gdybym tylko mógł, wygarnąłbym wszystko dziadkowi, ale trochę wątpiłem, by cokolwiek, co bym mu powiedział, dotarłoby do niego. Wydawał mi się osobą o twardych poglądach, których nie chciał zmieniać, chociaż kto wie, może Mikleo jakoś do niego dotrze. On jest dobrym mówcą, nie to, co ja, ja się nie znam na kontaktach z ludźmi. 
- Niech ci będzie. Ale wiedz, że nie pozwolę, aby ktokolwiek cię obrażał – ostrzegłem go, otwierając wielką bramę, bo Miki za bardzo nie miał ochoty tego robić. 
Nie wiem, co sobie wyobrażałem, ale ten cały Azyl wyglądał dosyć... normalnie. Troszkę chatek, gdzie w niektórych paliło się światło, kilkoro ludzi, którzy kiedy tylko nas zobaczyli, od razu zwrócili na nas uwagę, szepcząc coś do siebie. Znaczy się, nie wiem, czy to byli ludzie, ale tak w sumie, to miałem wrażenie, że jednak nie, no bo normalni ludzie nie mają zielonych czy niebieskich włosów, albo takich intensywnie kolorowych oczu. Za to też muszę przyznać, że miejsce było piękne, chociaż troszkę dla mnie niezrozumiałe. Pomimo tego, że za bramą była jesień, tu panowało lato, ale jednocześnie nie było tu jakoś bardzo gorąco, a tak umiarkowanie, więc mój Miki na pewno nie będzie czuł się źle. Niebo było błękitne, słońce wspaniale świeciło, trawa i liście na drzewach były cudne, a na owocowych krzewach i drzewach można było dostrzec owoce. Znajdował się tu mały sad, małe poletko, wszystko obfite w plony... ale po co to, skoro anioły nie muszą jeść? Chyba, że znajdują się tu nie tylko anioły. No i najważniejsze, gdzie są nasze dzieci? Nigdzie ich nie widzę, ani nie słyszę. 
- Mikleo! – usłyszałem nagle kobiecy głos, co mocno mnie zaskoczyło, i nim zdążyłem się rozejrzeć i zobaczyć, kto to taki, jakaś kobieta rzuciła się na szyję Mikleo, mocno się do niego przytulając. Przepraszam bardzo, ale kto to jest? Mikleo nigdy mi nie opowiadał o żadnej kobiecie z jasnymi włosami, która tu mieszka. I nie podoba mi się to, jak ona się do niego przytula. To jest zdecydowanie jest za bliski kontakt, jak na mój gust. I za długo ten przytulas trwa. – I... Sorey? To ty? Wyglądasz jakoś inaczej – dodała, kiedy w końcu łaskawie się od niego odsunęła i mi się przyjrzała. I dzięki temu ja też mogłem się jej przyjrzeć, ale jej twarz nie wydała mi się ani trochę znajoma. 
- Tak, to ja, Sorey, tak się nazywam – przyznałem niepewnie, zerkając to na nią, to na mojego męża, mając nadzieję, że mnie uratuje, albo chociaż troszkę wyjaśni mi tę sprawę, bo ja tu nic nie rozumiałem. Jedyne, co, to chciałem zobaczyć moje dzieci, inne znajomości mnie nie interesowały. I też nie chciałbym, aby ta pani była tak blisko Mikleo, wygląda a to, że bardzo dobrze się znają. Aż za dobrze, a to takie trochę podejrzane.

<Owieczko? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz