piątek, 8 września 2023

Od Mikleo CD Soreya

 Nie mogąc tak po prostu pozostawić sprawę zaginięcia mojego męża, musiałem go odnaleźć, w końcu czułem jego obecność, dzięki czemu mogłem być pewien, że żyje, a to powodowało, że chciałem go szukać. Nie, ja nie tylko chciałem, a nawet musiałem, nie poradzę sobie bez niego i dobrze o tym wiem, jest mi potrzebny, jak człowiekowi tlen bez niego nie umiem już żyć.
Zmęczony kierowałem się śladem mojego męża, przez cały czas odczuwając poczucie winy, bo przecież miałem szukać dzieci w Azylu a zamiast tego szukam męża, który zaginął i to z mojej winy i co ja narobiłem? Ostatnio nie potrafię trzeźwo myśleć tak jakby coś złego się ze mną działo.
Nie podając się, dzielnie podążałem za mężem, musząc odpocząć, gdy nadeszła pewnej nocy burza to ona wywołała opóźnienie w mojej wędrówce i dłuższą przerwę na całą noc.
Do tego wszystkiego, wywołała szybsze bicie serca, nie mówiąc już o gorszym samopoczuciu, które nie pozwoliło mi iść dalej, jaskinia przy tym wszystkim wydawała się jedynym najbezpieczniejszym miejscem, kątem, w którym mogłam się zamknąć, ukrywając przed wszelakim niebezpieczeństwem czyhającym na zewnątrz.
W tym momencie zdałam sobie sprawę, jak bardzo słaby byłem, przez tak ludzki strach, jakim była burza, na własne życzenie opóźniłem wędrówkę, nie mogąc, a nawet nie potrafiąc poradzić sobie z czymś tak banalnym, jak burza, jak więc miałem być kimś, kto odnajdzie dzieci i męża swojego, który właśnie w tej chwili mnie potrzebował.
Zmęczony i niewyspany ruszyłem w dalszą podróż, poszukując mojego męża, który znajdował się coraz to bliżej mnie. Cieszyłem się z tego powodu, przyśpieszyłem kroku, aby jak najszybciej go odnaleźć. Wiedząc, że tylko przy nim poczuje się lepiej, będąc w stanie skupić się a dzieciach. Właśnie co ze mnie za matka, powinienem przede wszystkim myśleć o dzieciach, to one potrzebowały mojej pomocy, nie były w stanie uchronić się przed złem istniejącym na tym świecie a on już tak, Sorey był dorosły i świetnie sobie radził bez mojej pomocy, a mimo to wybrałem, nie wybrałem dzieci wiedząc, że bez męża nie jestem w stanie ich odzyskać.
Zamyślony poczułem, że jestem już blisko, a wszystko, co nas dzieliło to ciężkie drzwi do świątyni ognia, a więc on wcale nie był narażony na niebezpieczeństwo, on tylko wpadł na genialny pomysł, aby pójść do świątyni ognia, gdzie się wygrzeje, powiedziałbym, że to genialne, ale tego nie powiem, gdybym wiedział, że pójdzie do świątyni, nie szedłbym za nim, a tak straciłem czas, chociaż czy to by coś zmieniło? Raczej nie i tak bym go szukał, bojąc się o jego dobro, głupim w ogóle pomysłem było się rozdzielać, ale teraz, teraz gdy wyjdzie już do mnie, będziemy mogli wspólnie pójść po nasze dzieci i już nigdy się nie rozdzielczości tak będzie bezpieczniej i dla niego i dla mnie.
- Mikleo co ty tu robisz? - Zapytał zaskoczony Sorey - Miałem przecież pójść do dzieci, dlaczego jesteś tu, a nie tam? - Zapytał, podchodząc bliżej mnie.
- Nie mogłem, nie potrafiłem tam pójść bez ciebie, wróciłem tylko na chwilę, ale nie mogąc cię znaleźć, ruszyłem za tobą i tak znalazłem się tutaj - Wyjaśniłem, czując ulgę, bo był cały i zdrowy, ale i poczucie winy, bo nasze dzieci są gdzieś tam z dala od nas, a ja, zamiast je szukać, szukam męża, teraz już i tak za późno na jakiekolwiek o tym myślenie, mam męża a z nim na pewno szybciej odnajdziemy nasze dzieci.

<Pasterzyku? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz