Początkowo chciałem polecieć w stronę świątyni, bo przecież zaoszczędzę więcej czasu, no ale nie skończyło się to dla mnie dobrze. Po jakichś piętnastu minutach lecenia nagle zasłabłem, spadłem na ziemię i mocno się poobijałem i też odrobinkę poharatałem. Ja to jednak nie powinienem za bardzo myśleć, tylko po prostu iść przed siebie. Podniosłem się z ziemi i kołysząc się na boki, szedłem dalej przez siebie. Z początku trochę nie byłem pewien, czy kierowałem się w dobrą stronę, starałem się iść z pamięci. Dopiero potem wpadłem na pomysł, by kierować się za gorącem, które ledwo wyczuwałem, ale gdzieś tam było. Stwierdziłem, że to musi być moja świątynia, no bo co innego? Za bardzo innego ciepła raczej tutaj nie było, bo i skąd miałoby dochodzić? Byliśmy daleko od jakichkolwiek zabudowań ludzkich. To musi być ta świątynia.
Starałem się nie robić za długich przerw podejrzewając, że jeżeli położę się gdzieś na dłużej, to już nie wstanę, a musiałem przecież wracać do męża, którego już nie za bardzo odczuwałem, ponieważ skupiałem się na wyczuwaniu ciepła pod ziemią. Jak już znajdę świątynię i porządnie się wygrzeję, to wtedy skupię się na Mikleo. Mam nadzieję, że już znalazł Azyl, i nasze dzieci. Szkoda, że nie mówił mi, gdzie dokładnie znajduje się Azyl... gdzieś w górach? Chyba gdzieś w górach. Tak mi się wydaje, w końcu kierujemy się w stronę gór. To się dopiero okaże. W sumie, to mi też za bardzo nie mówił, co to jest ten cały Azyl. I dla kogo on jest. Dla Serafinów? Dla ludzi? Dla każdego? Mieszkaliśmy tam? Jedyne co wiem, to to, że rozłączyliśmy się o wojnie. I to raczej wszystko, co wiedziałem. Już nawet nie pamiętałem, co pamiętałem z dzieciństwa. Poza tym, nie mówił mi za wiele ani o tym miejscu, ani o naszym dzieciństwie, ani o dziadku... Chyba czeka nas bardzo długa rozmowa. Ale to jak odzyskamy dzieci. Wcześniej go męczyć tym nie byłem.
Po dwóch pełnych dniach w końcu trafiłem do świątyni, z czego strasznie się ucieszyłem. Byłem zmęczony, przemarznięty i ledwo stałem na nogach, ale w końcu tu dotarłem. A więc mnie moja intuicja nie zawiodła... przeszedłem więc przez drzwi, które dokładnie za sobą zamknąłem, a następnie rozpocząłem samotną wędrówkę na sam dół, aż do rzeki magmy. Czy tam lawy. Nie wiedziałem, jaka jest różnica pomiędzy jednym, a drugim, ale to chyba aż tak wielkiego znaczenia nie miało. Najważniejsze, że płynie, jest ciepła, i mnie wygrzeje.
Najchętniej to wskoczyłbym do niej od razu, ale nie mogłem. Znaczy się, mogłem, bo nic mi by się nie stało, ale moim ubraniom już tak. Żadnych zapasowych przy sobie nie miałem, a nie chciałbym jeszcze zawracać po ubrania do domu. Nie pójdę przecież do Azylu bez ubrań. A umówmy się, specjalnie dużo ubrań nawet w szafie nie miałem, no a już troszkę ich popaliłem. Ale tych nie spalę. O torbie z kocami także pamiętałem. Ja to jednak czasem przejawiam jakieś oznaki inteligencji wyższej.
Tak więc ściągnąłem z siebie koce oraz wszystko inne, łącznie z bielizną, a następnie wskoczyłem do rzeki. Dosłownie w sekundę poczułem, jak wracają moje siły witalne. Owszem, kiedy tylko wszedłem do świątyni, zaczynałem się czuć lepiej, ale dopiero teraz moje ciało w pełni się wygrzało, odzyskało siły... dawno tak dobrze się nie czułem, najchętniej to bym tu został wieczność, ale trzeba było wracać, do Mikleo i dzieci.
<Owieczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz