poniedziałek, 10 listopada 2025

Od Mikleo CD Soreya

Jego słowa przeraziły mnie, jak to ktoś się zbliżał? I że niby on ma tam pójść sam? To absurd! Nawet Banshee nie da mu stuprocentowej pewności przetrwania. A jeśli zginą oboje? Nie, nie mogę na to pozwolić.
- Sorey, nie. Samego cię nie puszczę. Idę z tobą. - Stwierdziłem stanowczo, nie mając najmniejszego zamiaru zmieniać zdania. Cokolwiek by się nie stało, chcę być przy nim. Chcę walczyć u jego boku, do samego końca.
- Miki, nie będę sam.Przecież Banshee będzie obok mnie, nic mi nie grozi. - Zapewnił, ale jego spokojny ton tylko mnie zirytował. Nie potrafiłem mu uwierzyć. Wciąż nie był w pełni sił, nie w takim stanie, w jakim powinien być, żeby stawić im czoła.
- Przestań pieprzyć! - Wybuchłem, nie zwracając uwagi na przekleństwo, nie mogąc już tego słuchać. - Mam tego serdecznie dosyć! Ciągle powtarzasz, że dasz radę, ale wiesz co? Nie dasz! I to nie dlatego, że oni są silni, tylko dlatego, że ty jesteś teraz zbyt słaby! Przez mojego brata jesteś osłabiony, rozumiesz?! Dlatego, proszę daj sobie pomóc. - Uchwyciłem jego dłoń, patrząc mu prosto w oczy. Chciałem, żeby zobaczył, że mówię poważnie, że naprawdę się o niego boję.
- Miki... żyję po to, żeby cię chronić. - Odpowiedział cicho, z tą samą upartą łagodnością, która zawsze doprowadzała mnie do szału. - Nie mogę pozwolić, żebyś zginął tylko dlatego, że oni są teraz silniejsi. - Zacisnąłem zęby. Znowu to samo. Powtarzał te słowa jak mantrę, jakby zapomniał, że ja też mam swoją siłę. Nie jestem słaby. Dam sobie radę. Nie potrzebuję, by mnie wiecznie chronił on też musi to w końcu zrozumieć.
Wiedziałem jednak, że dalsze przekonywanie go nie ma sensu. Puściłem jego dłoń, pozwalając mu odejść, ale nie dlatego, że zamierzałem zostać w domu. O nie. Nie tym razem. Kiedy tylko zniknął z pola widzenia, ruszyłem za nim. Musiałem być przy nim, choćby miał mnie za głupca.
Nie zdążył nawet się zorientować, gdy zjawiłem się u jego boku.
- Kazałem ci zostać w domu. - Burknął pod nosem, nie odwracając wzroku od czterech demonów, które stały niedaleko naszego domu, gotowe do ataku.
- Nie zostawię cię tu samego. - Odpowiedziałem spokojnie, choć serce waliło mi jak szalone. - Nie mógłbym. - Chwyciłem jego chłodną dłoń, napiętą, ale wciąż tą samą dłonią, która zawsze dawała mi poczucie bezpieczeństwa.
Zanim zdążył coś odpowiedzieć, jeden z demonów zaśmiał się szyderczo.
- Ależ to słodkie! Aż bym zwymiotował, gdybym mógł. - Zrobiłem krok do przodu, nie spuszczając z niego wzroku, gotów z nim zwalczyć.
- Nie jesteś już taki cwany, co? - Dodał inny, jego głos ociekał jadem. - Teraz możesz mieć problem, żeby nas skrzywdzić. A twój aniołek - Wskazał na mnie swoją dłonią - Będzie nasz. - Poczułem, jak ściska mnie w żołądku. Mówili o mnie tak, jakbym był jakąś rzeczą, trofeum, które można sobie po prostu wziąć. To było upokarzające, niesprawiedliwe. Ale nie zamierzałem się cofnąć. Nie tym razem.
Spojrzałem na Soreya. W jego oczach widziałem gniew, który dopiero co budził się do życia. Wiedziałem, że za chwilę rozpęta się piekło i, że ja też będę jego częścią.
- Spokojnie, nic mi nie zrobią - Szepnąłem, chcąc go trochę uspokoić, aby trzeźwo myślał, a może chociaż próbował.

<Pasterzyku? C:> 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz