poniedziałek, 5 sierpnia 2024

Od Mikleo CD Soreya

Bardzo chętnie odwzajemniłem jego pocałunek, nie mogąc mu tej przyjemności odmówić, bardzo chciał złączyć nasze usta, a ja bardzo chętnie mu to podarowałem, wplatając dłonie w jego włosy, które bardzo lubiłem, nie pojmując, dlaczego mój mąż tak bardzo nie potrafił ich znieść.
Nasz pocałunek przerwałem jęki pierwszy znów, czując, że chce mnie skosztować mojej krwi, na co mu nie pozwoliłem.
– Nie wolno na dziś już wystarczy ci gryzienia moich warg – Cmoknąłem szybko go w usta, wstając z jego kolan, patrząc w niebo. – Wracajmy zbliża się burza – Poprosiłem, nie chcąc być wtedy na dworze, przyzwyczaiłem się już do głośnych dźwięku Boże, nie reagując gwałtownie na nie pod warunkiem, że byłem w domu, gdzie czułem się bezpiecznie, nie wspominając czasów, które bardzo dobrze wyryły się w mojej pamięci.
Soreya spojrzał w niebo nic na, nim nie widzą, bo niebo wciąż było czyste, ale już czułem zmianę i głosy nadchodzących dźwięków wody.
– Oczywiście owieczko co tylko sobie życzysz – Podniósł się na równe nogi, podchodząc bliżej przyciągając mnie w swoje ramiona ponownie, kładąc dłonie na moje pośladki wzrokiem, wpatrując się w moją mocno przylegającą koszulkę uwydatniającą wszystko, co mam do pokazania. – Ależ ty mnie kręcisz, mógłbym cię męczyć całe dnia i noce, nie potrafiąc się tobą nasycić – Oblizał wargi, przypominając mi w tej chwili wygłodniałe zwierzę, które pragnęło zaspokoić swoje żądze.
– Spokojnie mój drogi mamy na to całą wieczność jeszcze zbrzydnie ci się patrzenie każdego dnia na to samo ciało niemające nic innego do zaoferowania – Wytłumaczyłem mu, uśmiechając się do niego ciepło.
– Twoje ciało nigdy mi się nie znudzi, będę je kochał, pragnął a nawet plugawił każdego dnia, pokazując twojemu Bogu, do kogo należy ten anioł – To zdanie wypowiedziało bardziej jego demoniczne wcielenie, z którym też przyjdzie mi się nieraz mierzyć w życiu codziennym obym tylko zawsze miał siłę dawać mu to, na co ma ochotę, mając nadzieję, że uda mi się owinąć go wokół palca, nie pozwalając na robienie krzywdy ludziom, którzy sobie na to nie zasłużyli.
Kręcąc z niedowierzaniem swoją głową odsunąłem się od niego chwytając te gorącą dłoń, ruszając w drogę do domu, gdzie powinny znajdować się już nasze dzieci i oby tak było, bo kolejnej kłótni nie mam ochoty z nimi przerabiać.
O dziwo dzieci zrozumiały co ich tato miał na myśli o wczesnym powrocie do domu i ku naszemu zdziwieniu zwierzaki były nakarmione, a to całkiem miła odmiana.
Ciesząc się z braku kolejnego obowiązku mogłem zakopać się pod kołdrą, wtulając się w ciało męża, mając nadzieję, że i on będzie chciał zrobić to samo.
– Dzieciaki wróciliśmy – Zawołałem, chcąc, aby wiedziały, że już tu jesteśmy.
Dzieciaki szybko pokazały się nam, wracając do swoich pokoi.
– A było tak pięknie, kiedy byli mali, takie kochane dzieci, które chciały uwagi, obecności rodziców, a teraz już nas nie potrzebują i nawet nie powiedzą jak było w nowej szkole – Westchnąłem cicho wspominając te piękne czasy, odwracając się w stronę męża, kładąc dłonie na jego ramionach. – Jak dobrze, że chociaż ty wciąż potrzebujesz mojej uwagi, nie pozwalając mi o sobie zapomnieć – Wymruczałem łączę w nasze usta w namiętnym pocałunku, przylegając bardziej do jego ciała.

<Pasterzyku? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz