Byłem zadowolony, że prawie wszystko udało się nam załatwić. Prawie, bo nie zakupiliśmy materiałów do zrobienia budy, i legowiska dla Banshee, ale to tylko dlatego, że nie przechodziliśmy przez miasto. To nie było wcale takie złe, im mniej czasu spędzam wśród ludzi, tym lepiej dla mnie, im dłużej wśród nich jestem, tym większą mam ochotę na to, by ich wszystkich utopić we własnej krwi, co w sumie jest dosyć niezwykłe jak na demona, którym jestem. Większość, jak nie wszyscy moi pobratymcy, cieszyliby się z takiego miasteczka, jak to. Pełno zepsutych ludzi o równie zepsutych pragnieniach, z którymi można zawierać układy, by następnie pożreć ich dusze. Ale mnie ci ludzie drażnili. Byli obrzydliwi. Nie wiem, skąd mi się to wzięło. Owszem, z kilkoma osobami rozważyłbym zawarcie układu, ich pragnienia były inne, uznałbym nawet, że właściwe, bo co złego było w tym, że matka chciała zemsty na mordercy swojej córki? Albo ojca, który chciał tylko odnaleźć syna? Cena za to jest jednak wysoka i nie wiem, czy bym chciał spożywać takie cierpiące dusze. Ponoć takie są najlepsze, no ale sam nie wiem. Chyba to bycie aniołem wcześniej powoduje, że jeszcze mam jakieś wyrzuty sumienia.
- Dzień dobry, mój demonku kochany – przywitałem się zadowolony z Banshee, która już stała przy furtce. Podobnie jak Psotka, tylko z tą różnicą, że Psotka nie chciała mnie wpuścić. Mikleo musiał się odezwać, bym mógł bezpiecznie wejść na własne podwórko. – Męczy mnie to już trochę. Jak ciebie nie było myślałem, że mi oczy wydrapią, jak będę spał – przyznałem się Mikleo, czując po prostu psychiczne zmęczenie. Chcę dla tych zwierząt dobrze, i co dostaję w zamian? Dobrze, że jest Banshee, jakoś tak lepiej mi było, gdy mogłem się nią zająć, i gdy mnie witała, i mi odpowiadała po swojemu... pocieszające to było. Jeszcze oczywiście miałem Mikleo, ale to nie to samo, co zwierzęcy kompan. Zawsze jakiegoś miałem, dlatego to przygnębiające było, kiedy taki zwierzak, o którego tak właściwie walczyłem z Mikim, w tym momencie szczerzy na mnie kły. Przecież musiałem spać na kanapie przez kilka dni, bo nie był zadowolony z nowego szczeniaka...
- Jak to? – spytał, marszcząc brwi.
- Ja ciebie nie było, były znacznie bardziej agresywnie do mnie nastawione. Tak, jakby twoja obecność ich uspokajała – wyjaśniłem, biorąc Banshee na ręce i wchodząc do środka. – I oczywiście, rzeczy nie rozpakowane – dodałem niezadowolony.
- I zwierzaki nie nakarmione – zaczął Mikleo, który już się chciał zabrać za przygotowanie jedzenia zwierzakom, ale powstrzymałem go ruchem ręki.
- To nie tylko są twoje obowiązki. Dzieci! – krzyknąłem, starając się mimo wszystko zachować spokój. Jeszcze przecież się nic nie dzieje. Kiedy dzieciaki zeszły, nie były jakoś specjalnie zachwycone, a ja nie wiedziałem, o co im chodzi. Przecież krzywdy im nie robimy. – Trzeba nakarmić zwierzaki, a także wypakować rzeczy do salonu i łazienek, oraz posprzątać. Okna, podłogi i półki mają lśnić. Jak sobie rozdzielicie prace, nie obchodzi mnie to, chcę widzieć efekt – odpowiedziałem spokojnie, czekając na ich reakcje.
- Ale to przecież roboty na pół dnia – pierwsza zaczęła protestować Hana.
- Więc lepiej zabierzcie się do niej jak najszybciej. I zacznijcie od zwierzaków, są głodne – zarządziłem nie chcąc słyszeć żadnego słowa sprzeciwu.
<Owieczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz