sobota, 3 sierpnia 2024

Od Soreya CD Mikleo

 Dzieci nie były do końca zadowolone, kiedy je odprowadzałem. Coś tam sobie pomarudziły, że nie są już małymi dziećmi, że wiedzą, gdzie się znajduje szkoła, że nie potrzebują niańki, ale jakoś to po mnie spływało. Mogły mi mówić argumenty, jakie tylko chcą, ale ja swoje wiedziałem. I wiedziałem, że muszę je odprowadzić, by mieć pewność, że nigdzie indziej nie skręcą, a także chciałem trochę poznać dzieciaki, z którymi to będą do tej szkoły chodzić. Na ich szczęście, nie wyczułem żadnego podejrzanego pragnienia. Były takie dosyć normalne, jak na dzieciaki, więc spokojnie mogłem ich tutaj zostawić, chociaż i tak będę musiał regularnie to sprawdzać. Nigdy nie wiadomo, kiedy te pragnienia mogą się zmienić. Ludzie są bardzo delikatni, nie wiadomo kiedy i jaki czynnik może ich złamać, dlatego też zawsze powinienem się mieć na baczności. 
Będąc pewien, że dzieci są w szkole, i są bezpiecznie, otoczone osobami z dobrymi intencjami, mogłem wrócić do domu. Ciekawiło mnie to, czy Miki spał. Pewnie tak, było w końcu bardzo wcześnie, a mój Miki kochany sobie potrafił długo pospać. Nie widziałem w tym niczego złego, niech sobie pośpi, a ja przez ten czas popatrzę na niego. To też bardzo było odprężające zajęcie, mogłem gładzić jego włosy, ramiona, plecy, biodra, pośladki, no całe ciało, i niczym się nie przejmować przez najbliższe kilka godzin. Tęskniłem za luksusem snu, dobrze było na kilka godzin nie myśleć, odpocząć od trosk, zebrać energię, no ale odkąd znacznie mniej ogrzewam Banshee, już nie śpię. No ale jak tak jestem przy Mikim, i go pilnuję przez noc, też jest jakoś tak znośnie. 
- Też się cieszę, że cię widzę, Psotko – odezwałem się przeszczęśliwy, kiedy przy furtce przywitała mnie niezadowolona psina. – Któreś z dzieci cię dzisiaj na spacer wyprowadzi – dodałem, wchodząc bez strachu na własne podwórko. Naprawdę dobrze, że nie mamy tutaj nigdzie  żadnych sąsiadów w pobliżu, bo przecież już by ludzie zaraz gadali, albo reagowali, bo by myśleli, że jakimś włamywaczem jestem. – Dzień dobry, Banshee. Ciebie też może dzisiaj wezmę na spacer, gdzie cię nikt nie zobaczy – dodałem do mojego piekielnego słoneczka, witając się z nią bardziej wylewnie. Cóż, gdyby Psotka nie była na mnie tak źle nastawiona, to i z nią bym się podobnie witał. Co jak co, ale lubię zwierzęta, nawet jak one nie lubią mnie, chociaż przyznać muszę, coraz bardziej mnie one irytowały. 
W domu panowała cisza, dlatego uznałem, że Mikleo dalej śpi. Cicho więc dałem Banshee posiłek, zostawiłem jej, jak i Psotce uchylone drzwi na zewnątrz, i udałem się do sypialni, by jeszcze na chwilę położyć się przy jego boku. Tylko okazało się, że Mikleo wcale nie spał. Czekał na mnie, leżąc na łóżku, ubrany w tę cudowną sukienkę, którą to mu niedawno kupiłem. No proszę, mocno mnie zaskoczył...
- No proszę, a co my tu mamy? – odezwałem się zadowolony, uśmiechając się do niego zadowolony. 
- A wiesz, pomyślałem, że zrobię ci niespodziankę – odpowiedział niewinnie, wstając z materaca i podchodząc do mnie. 
Mikleo ewidentnie chciał zbliżyć się do mojego ciała, być może położyć na nim swoje dłonie, ale kiedy zbliżył się wystarczająco, jednym ruchem ręki nakazałem mu stanąć. Mikleo uczynił to, chociaż był trochę zaskoczony. Następnie, również bez słów, rozkazałem mu uklęknąć, co też grzecznie uczynił. Uśmiechając się z wyższością nachyliłem się do niego, a następnie zacisnąłem dłoń na jego szyi, łącząc nasze usta w agresywnym pocałunku, który Mikleo chętnie odwzajemnił. Na zakończenie podgryzłem jego dolną wargę, odrobinkę za mocno, i poczułem w ustach smak jego krwi. Na piekła, jaka ona była smakowita...
- Wyglądasz wspaniale. I mój przyjaciel także tak uważa. Powinieneś się nim zająć, nie uważasz? – spytałem zadowolony, zlizując strużkę krwi spływającą po jego brodzie. Żadna kropla nie może się zmarnować. 

<Owieczko? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz