Do miasta dotarłem później, niż zakładałem. Według moich planów miałem już tu być godzinę temu, ale oczywiście jak zwykle musiało wydarzyć się coś, co te plany zmienić musiało. Na ulicach zapanował zmrok, który dla każdego innego człowieka był zagrożeniem. Nie dla mnie jednak. Ja w mroku się odnajdywałem, był mi przyjacielem, nie wrogiem. To inni powinni bać się mnie, nie na odwrót.
Tak jak ten młody wampir, na którego natknąłem się, kiedy kierowałem się do mojego nowego zleceniodawcy. Od razu rozpoznałem, że jest raczej młody; gdyby był bardziej doświadczony, już by ruszył w moją stronę. Może nie mnie się spodziewał? Od razu przygotowałem się do ataku, dyskretnie chwyciłem za srebrny sztylet, gotów do rzucenia nim, chociaż nic nie wskazywało na to, by miał na mnie ruszyć. Nie ja byłem jego ofiarą, i jak na razie on nie zamierzał być moją.
W końcu młodzik wycofał się bardziej w mrok, zostawiając mnie w spokoju. Coś czułem, że to właśnie na niego będę musiał polować. Póki jednak nie dostanę zaliczki, nie zamierzałem nawet ruszyć palcem. Z tego, co wiedziałem o tym mieście, nie było tu żadnych ofiar ataku wampira, więc pewnie nie był zagrożeniem dla zwykłych ludzi.
Nie goniłem za nim. Dałem mu zniknąć w ciemności i skierowałem się do gospody, w której byłem umówiony. Zostawiłem swojego konia przed budynkiem, a kiedy wszedłem do środka, zdjąłem kaptur i zmarszczyłem nos. Paskudnie tu śmierdziało. Zapach alkoholu jest chyba jeszcze gorszy od smrodu wampira, a one już same w sobie śmierdzą paskudnie.
– Spóźniłeś się – usłyszałem pełen wyrzutów głos starszego mężczyzny.
– Problemy na drodze – odpowiedziałem spokojnie, niewzruszony. Zgodzi się na każde moje warunki, jestem mu potrzebny. Gdyby było inaczej, nie czekałby na mnie ponad godzinę. – Z kim takim sobie nie radzisz? – dopytałem, akurat tego trochę ciekaw. Robimy w tej samej branży. Ma całą rodzinę za sobą. A jednak... wzywa mnie. Wiem, że jestem najlepszy w swoim fachu, ale jednak coś tu mi nie grało.
– Jest taki młokos. Uwziął się na moją rodzinę, zabił już kilku z nich – podsunął mi papiery z rysopisem i najważniejszymi informacjami. I to lubiłem. Im mniej kontaktu, tym lepiej. – Patrzy, kiedy jesteśmy sami, i atakuje błyskawicznie. Stało się więc to personalne i chciałbym, byś dostarczył go do mojego dworu.
– Jest w mieście? – zapytałem, otwierając teczkę. Moim oczom ukazał się portret przystojnego młodzieńca o delikatnych rysach. Jak każdy wampir, był przystojny, by przyciągnąć do siebie nieostrożnych ludzi. Sądząc po opisie, musiałem go mijać. Dobrze, że go nie zabiłem. Za schwytanie wampira jest większa suma niż za jego zabicie.
– Wszystko na to wskazuje – odpowiedział, na co kiwnąłem głową. Unieruchomienie co to jedno, ale doprowadzenie do dworu? W nocy, by nie spaliło go słońce? Z tym trochę pierdolenia się będzie.
– Zacznij odkładać pieniądze – rzuciłem, wstając od stołu. Do świtu trochę czasu, a jak się zaszyje w jakiejś krypcie za dnia, będę miał problem z wytropieniem go. Wolę załatwić sprawę nocą, i jak najszybciej go doprowadzić do mojego zleceniodawcy.
<Serathion? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz