Co za skurwysyny. Czułem, że coś jest nie tak, kiedy zamiast kogoś z Durandów zastałem najemników, i to całkiem sporą grupę. Wychodzi na to, że opłacenie ich było mniej kosztowne niż zapłacenie mi za zlecenie. Skoro pracujemy w tej samej branży, powinni wiedzieć jedno. Ja zawsze otrzymuję swoje pieniądze. A skoro nie chcą mi ich grzecznie dać, wezmę je sobie z ich martwego truchła.
Ale wpierw muszę się pozbyć obstawy.
Jestem dobry, ale przeciwko kilkunastu osobom na raz nie dam sobie radę. Nie sam. I że też mam tutaj ze sobą tego skurwiałego komika... jest martwy tak samo, jak ja. Czemu więc się tak śmieje?
– Wiecie, że nie macie szans. Może więc grzecznie doprowadzicie mnie do naszego wspólnego pracodawcy? Nic nie dostaniecie, bo całe złoto pójdzie na mnie, ale chociaż przeżyjecie. Zdążycie zarobić kolejne – mówiłem spokojnie, jak zawsze zachowując pełne opanowanie. Prawie zawsze. Przy tym małym kmiocie mam swoje momenty słabości, co jest niezwykłe. Nikt na mnie jeszcze nie działał tak, jak on.
– Myślę, że zaryzykujemy z tobą – odezwał się jeden z nich.
– Jak sobie państwo życzycie – odpowiedziałem, po czym jednym dyskretnym ruchem odpiąłem wiążące wampira łańcuchy. Metal opadł na kamienną podłogę z cichym brzdęknięciem, kilkoro z nich cofnęło się, pojawiły się nerwowe spojrzenia. – Masz swoją zemstę – syknąłem do niego, rzucając szlytet w szyję jednego z mężczyzn.
Wampir, ku mojemu małemu szczęściu, stanął do walki ze mną, nie przeciwko nie, i tym razem poszło mu znacznie lepiej niż kiedy walczył przeciwko mnie. Poruszał się szybko, zaraz wykorzystując swoją fizyczną przewagę. Jego ruchy mogłem porównać do tańca; zgrabnie, zwinnie, bez żadnych potknięć, pomyłek. Jak to jest, że przy mnie tak spanikował, i tak łatwo się dał?
W szybkim tempie pozbyliśmy się najemników, przynajmniej tych, którzy byli z nami w lochach. Podczas całej tej walki zostałem tylko lekko draśnięty w ramię... ale to nic wielkiego. Kolejna rana do kolekcji. Jedna z wielu.
– Mówiłem ci, że chuja zobaczysz, nie pieniądze – usłyszałem za sobą jego gorzki głos.
– Może masz trochę racji. Nic straconego. Wyrwę je sobie z ich martwego ciała – powiedziałem, tamując krwawienie.
– Owszem. O ile zdołasz ich dorwać przede mną – po tych słowach zaczął zmierzać w kierunku drzwi. A mnie... coś tknęło. Coś nie pasowało. Dotarliśmy późną nocą, walka trochę trwała, więc pierwsze promienie słońca...
Powinny pojawić się teraz.
W ostatnim momencie zjawiłem się przy nim, zaraz osłaniając go płaszczem. Nim zamknąłem drzwi, miałem szybki wygląd na dziedziniec, i nie prezentował się on dobrze. Skąd ich tyle tu jest? Szykują się do wojny, czy jak? A przez to, że otworzył drzwi, idealnie na oścież, już wszyscy wiedzą, że zasadzka na mnie się nie udała.
– Musimy stąd spierdalać – rzuciłem, barykadując drzwi.
– To wszystko twoja wina, dałeś się nabrać, jak dziecko – syknął wściekły, nerwowo rozglądając się po zakrwawionych lochach.
– Nie sądziłem, że jakiś idiota jest w stanie zignorować moją reputację. Wykorzystaj swoje wspaniałe zmysły i znajdź jakieś wyjście stąd. Jak ładnie poprosisz, osłonię cię przed słońcem – odparłem, słysząc krzyki dobiegające z dziedzińca. Nic tu po nas, należałoby tu wrócić później, jak wszystko się uspokoi, a ja będę miał jakiś plan.
<Pijaweczko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz