Poprosić? A niby dlaczego miałbym go o cokolwiek prosić? To przez niego tu trafiłem, to z jego wina jesteśmy w dupie, a więc sam sobie jest winien.
Warknąłem cicho pod nosem przez zaciśnięte zęby, zirytowany jego zachowaniem.
On chyba naprawdę nie wie, z kim rozmawia. Nie jestem byle głupcem. Nie tak łatwo mnie zastraszyć. Jestem wampirem, nie ma prawa mnie tak traktować, ależ on mnie drażni..
Na moment zamilkłem. Właściwie... nie byłem niezniszczalny. Jeśli będzie ich zbyt wielu, pokonają mnie. A jeśli mają srebro... cóż, wtedy moja historia skończy się szybciej, niż zdążę mrugnąć okien, a tego nie chcę, mam jeszcze cel w którym muszę osiągnąć.
Westchnąłem ciężko, czując, jak krew zastyga na moich dłoniach. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, ściany były ochlapane czerwienią, podłoga lepiła się od krwi i śmierci tych, którzy próbowali nas tu zatrzymać. Musiałem się skupić. Myśleć. Użyć tego, co we mnie, instynktu, daru, przekleństwa, by odnaleźć wyjście z tego piekła.
- Chodź za mną - Rzuciłem cicho, zerknąłem na niego kątem oka wiedząc już gdzie mam iść.
Ruszyłem przodem, szukając wzrokiem starych znaków na kamiennej posadzce. Wiedziałem, że gdzieś tutaj powinien być właz. Po chwili palce natrafiły na chłodny metal. Odsunąłem zakrwawione deski i otworzyłem przejście prowadzące do katakumb. Stare, wilgotne powietrze uderzyło mnie w twarz, mieszanina pleśni, ziemi i śmierci, pachniało jak zrzut ciał, czułem jakby nie jedno życie zostało tu odebrane, a może właśnie tak było, zrzucał tu tych których zabił, a to wyjaśniałoby ten smród.
Zeszliśmy w dół. Kroki dudniły głucho po kamiennych stopniach.
Pod nami rozciągał się labirynt tuneli, ciemny i duszny, ale wiedziałem, że jeśli dobrze wybiorę drogę, dotrzemy do drugiego wyjścia. Czułem w powietrzu jego zapach, chłodny powiew, przynoszący wolność której potrzebowałam.
Wszystko, co musieliśmy teraz zrobić, to przetrwać i może kto wie spróbować się nie zabić, bo szczerze gdybym teraz bardzo chciał, byłbym może w stanie go zaatakować mszcząc się za to, że w ogóle śmiał mnie zaatakować, w końcu był ranny. Na jego szczęście nie atakowałem bez powodu, nikogo nie zabijałem jeśli nie musiałem, nie byłem potworem nawet jeśli uważał inaczej..
W pewnej chwili zatrzymałem się, czując, że jesteśmy bardzo blisko wyjścia. Za blisko. Ta świadomość paraliżowała mnie, nie dając pójść dalej, dzień na zewnątrz mógł mnie zgładzić, a ja wolałem unikać takich komplikacji.
- Jeśli pójdziesz prosto, nie skręcając w żadne boczne przejście, wydostaniesz się stąd - Powiedziałem, palcem wskazując mu drogę do wyjścia.
- Mam iść sam? - Zapytał, a w jego głosie pobrzmiewało coś na kształt nieufności
Uśmiechnąłem się zadziornie, zwracając swoją głowę w jego stronę.
- A co, chcesz, żebym trzymał cię za rączkę? - Zadrwiłem, wystawiając język niemal dziecinnie. - Lubię igraszki w nieodpowiednich miejscach, ale to nie pora na zabawy. - Dodałem, czując jak strasznie źle na mnie reagował, irytowałem go, jak nikt inny na tym świecie, czułem że gdyby mógł udusiłby mnie gołymi rękoma, Jak dobrze że nie jest w stanie tego uczynić.
- Jak ty mnie wkurzasz - Syknął, zaciskając dłonie w pięści.
- Wiem, ale wiem też, że ci się to podoba - Wymruczałem, całkowicie chcą wyprowadzić go z równowagi, dla mojej świetnej zabawy i satysfakcji.
<Towarzyszu? C: >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz