niedziela, 9 listopada 2025

Od Serathiona CD Eliana

 Nasza rozmowa dobiegła końca, a raczej po prostu się urwała. Szkoda, naprawdę szkoda. Ja bawiłem się doskonale. Widziałem wściekłość malującą się na jego twarzy, czułem, jak każde moje słowo wbija mu się pod skórę jak cierń. To było przyjemne, w końcu o to mi chodziło. Nie o fizyczną przemoc, nie o ból, lecz o tę subtelną grę nerwów, o psychiczne drażnienie. Chciałem się pobawić, skoro i tak mam umrzeć. Lepiej odejść w śmiechu niż z nudów.
Rudy przestał się odzywać. Ignorował moje pytania, moje uwagi, moje prowokacje. Milczenie było jego tarczą. Tylko łańcuch reagował, gdy próbowałem się poruszyć, z sykiem zaciskał się na moim ciele, wbijając się w skórę, aż czułem ciepło krwi spływającej po żebrach.
- Co za gówno... - Warknąłem, gdy metal po raz kolejny zagłębił się w moje ciało.
- Weź się już zamknij. Mam cię serdecznie dość - Jego głos był zmęczony, chrapliwy od gniewu. Podszedł do mnie gwałtownie, chwycił za koszulę i szarpnął tak, że nogi ledwo dotknęły ziemi. - Zaraz nie wytrzymam i cię zabiję - Syknął, po czym z całej siły cisnął mną o ścianę.
Uderzenie odebrało mi dech, ale uśmiech nie zniknął z twarzy.
- Ależ spokojnie, drogi przyjacielu - Wyszeptałem z drwiną. - Ostrożniej z tak drogim towarem. Jeśli mnie zabijesz, nie dostaniesz ani grosza. Choć, znając twoje szczęście, pewnie i tak ci nie zapłacą. - Jego oczy zapłonęły gniewem, prawie widziałem, jak dłonie same mu drżą, gotowe mnie udusić.
Ale powstrzymał się. Prychnął tylko, puścił mnie i wrócił na swoje miejsce przy ogniu.
- Morda - Rzucił krótko.
Szkoda. Naprawdę szkoda. Tak dobrze mi szło

Dzień dłużył się potem niemiłosiernie. Rudy milczał, a ja... ja się nudziłem. Liczyłem każdy oddech, każde przesunięcie łańcucha, każdy oddech jego i mój. Czas płynął gęsty jak smoła. Zastanawiałem się, czy śmierć może nadejść szybciej z samej nudy.
Dlatego nawet się ucieszyłem, gdy wreszcie nadeszła noc...
Wyruszyliśmy, on przodem, ja tuż za nim, uwięziony jak pies na smyczy. Księżyc wisiał nisko, ledwie rozświetlając ścieżkę. Rudy patrzył przed siebie, nie widząc nic poza mrokiem, a ja... ja widziałem wszystko. Cienie, które drgały między drzewami, ruch w oddali, błyski w oczach czegoś, co czaiło się dalej.
I uśmiechnąłem się, bo noc w przeciwieństwie do niego, nigdy mnie nie ignorowała..
Dopiero gdy dotarliśmy na miejsce, poczułem prawdziwy niepokój. Mężczyźni już na nas czekali, stojąc w półmroku z bronią u boku i szerokimi uśmiechami na twarzach.. Frajerzy, którzy sami sobie nie radzą, wynajmują innych, by robić brudną robotę za nich. Żenujące.
- Nareszcie. Długo kazałeś nam czekać - Odezwał się jeden z nich i podszedł bliżej, jakby chciał sprawdzić towar przed zakupem. - Już nie jesteś taki cwany co? - Parsknął z pogardą, po czym uderzył mnie w twarz. Cios nie był brutalny, ale precyzyjny, miał w sobie coś wyjątkowo upokarzającego. Gdyby nie łańcuchy, pożałował by tego.
- Dość, nie mam czasu na zabawę. Robota najpierw, a później róbcie z nim, co chcecie. - Rozkazał.
- No tak, pieniądze - Mruknął ktoś z grupy. - Jeśli o nie chodzi... Zrobiłeś, co miałeś zrobić, a teraz pora na twoją śmierć - Ktoś wypowiedział to jak wyrok. Głos był pewny, chłodny, bez cienia wahania.
Gdy usłyszałem te słowa, roześmiałem się głośno rozbawiony tym faktem.
- A nie mówiłem? Jesteś taki głupi i naiwny. Myślałeś, że pieniądze dostaniesz? Chyba jak sobie je narysujesz - Zadrwiłem, powtarzając to samo od początku, przecież mówiłem mu to wielokrotnie. Co za idiota, zasłużył sobie na to...

<Człowieku? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz