poniedziałek, 10 listopada 2025

Od Eliana CD Serathiona

 Złota miał tyle, że wystarczyło by kupić kawałek ziemi, domek z całym wyposażeniem, zapasami do końca życia. Nigdy więcej nie musiałbym brać żadnego zlecenia, czy o cokolwiek się martwić, a i tak miałbym za dużo. Ile sierocińców poprawiłoby komfort życia swoim mieszkańcom? Ile żyć możnaby uratować?
A tymczasem to gnije w jakimś starym zamku, który już dawno został zapomniany przez Boga. 
Chwyciłem za swoją pustą sakiewkę, a następnie wypełniłem ją monetami. Jakby chodziło mi tylko o pieniądze, wziąłbym tyle, ile jestem w stanie unieść, i spierdoliłbym. Teraz jednak Durandowie mnie wkurzyli. Nie mógłbym tak zostawić tej sprawy. 
– Tylko tyle? Skromny jesteś – zauważył zaskoczony. 
– Tyle na początek starczy. Ale za uratowanie ci życia i tak sobie policzę... jak już przyjdzie pora do rozdzielenia się. Uruchomię kontakty, ale to może później. Teraz bym coś zjadł. I się wygrzał. Przywitałbyś godnie swojego gościa. Rozpaliłbyś w kominku. Ja niestety chłód czuję, i mi się nie podoba – odpowiedziałem, zamykając metalowe drzwi. – Gdzie będę spał? 
– Cóż... Sądziłem, że weźmiesz tyle, ile zdążysz unieść i stąd pójdziesz – odpowiedział, drapiąc się nerwowo po karku. – Może wybiorę ci jeden z moich najlepszych, nie spalonych pokoi? Jak będziesz grzeczny. 
– Świetnie. Wskaż mi miejsce, gdzie mogę zostawić rzeczy. Ja pójdę na polowanie, zgłodniałem – powiedziałem, kierując się za gospodarzem. 
– Tak, ty będziesz jadł, a mi co pozostanie? – usłyszałem w jego głosie rozgoryczony ton. 
– Jak będziesz potrafił przestać, może dam ci skosztować mojej krwi. Może będzie ona lepsza od tego gówna, które do tej pory spożywałeś – powiedziałem, rzucając swoje rzeczy w kąt. Więc czeka mnie tej nocy królewski materac... nie sądziłem, że dożyję takiej chwili. 
Całkiem sprawnie, pomimo ciemności, udało mi się ustrzelić młodego jelenia. Starczy na kilka dni, akurat na przeczekanie burzy. Trochę pobłądziłem po tym starym zamku, ale w końcu znalazłem kuchnię — która w sumie nie wiem, po co istnieje — i przygotowałem sobie posiłek. Byłem pewien, że kiedy wrócę zmęczony do „swojego” pokoju, będę sam. Ale wampir tam na mnie czekał; zasunął kotary, rozpalił w kominku i siedział w fotelu, wpatrując się w tańczące płomienie. Byłem pewien, że niknie gdzieś w plątaninie korytarzy, jakimś swoim pokoju, komorze... 
Chyba jest bardziej samotny, niż jest w stanie przyznać. 
Bo co innego może oznaczać? Nie wygania mnie. Niby grozi, ale tak mi grozi, że to żadne groźby. Tak właściwie... Jego towarzystwo nie jest aż takie złe. Trochę głupi, trochę niecierpliwy, trochę wulgarny, ale to do przeżycia wszystko jest. 
– Nie sądziłem, że cię tu spotkam – przyznałem zgodnie z prawdą.
– Czekałem na moją obiecaną krew – odparł, na co się gorzko zaśmiałem. 
– Zatem proszę – usiadłem w fotelu obok niego, wyciągnąłem rękę i podciągnąłem rękaw. Od razu wyczułem jego spojrzenie na swoich żyłach, miałem wrażenie, że słyszę, jak przełyka ślinę. – Tylko nie za dużo. Też jej trochę w swoich żyłach potrzebuję – dodałem, zerkając na niego. Jeżeli będzie znał umiar, nie będę miał nic przeciwko. Skoro on daje mi możliwość spania tutaj, ja mogę mu dać możliwość najedzenia się. Uczciwy układ. 

<Panie potworze? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz