poniedziałek, 10 listopada 2025

Od Serathiona CD Eliana

Musiałem się chwilę zastanowić, musiałem to wszystko przeanalizować, nim udzielę mu odpowiedzi.
- Jaka była najsmaczniejsza krew, którą próbowałem? - Powtórzyłem jego pytanie, drapiąc się po głowie. - Cóż… chyba żadna... Krew tych, których zabiłem, smakuje jak gówno. Piję ją nie z przyjemności, a z konieczności. To nie jest uczta, to przetrwanie. - Raz spróbujesz ludzkiej krwi i już nic innego nie potrafi zaspokoić głodu w ten sam sposób. Zwierzęca… jest jak podrobiony obiad, znacznie gorszy, prawie tam jakby zamiast kaczki zjeść kurczaka, niby dobre ale mogłoby być lepsze. Można ją pić, owszem, każdy z nas potrafi, ale z każdym łykiem czujesz tylko, że czegoś ci brakuje. - Szczerze mówiąc - Kontynuowałem po chwili ciszy, odwracając się do niego, wsuwając dłonie do kieszeni - Żadna krew nie smakowała mi dobrze. Gdybym mógł, nigdy bym jej nie pił. Ale głód nie pyta o zdanie. - Mój towarzysz uniósł brew. W jego spojrzeniu było coś między rozbawieniem a nieufnością. Może tylko mi się wydawało, ale czułem, że waży każde moje słowo, szukając w nich kłamstwa. Nie miało to jednak znaczenia. Jego opinia nic dla mnie nie znaczyła.
- A więc pijesz krew, która ci nie smakuje, i porównujesz ją do gówna? - Zapytał z lekkim uśmieszkiem. - Skąd takie doświadczenie? Czyżbyś kiedyś jakieś próbował? - Sposób, w jaki to powiedział, miał w sobie coś z drwiny. Grał ze mną, odbijając piłeczkę, prowokując. I muszę przyznać, zaczynało mnie to irytować. Może nawet bardziej, niż chciałem to przyznać.
- Głupi jesteś. To tylko metafora - Mruknąłem, przewracając oczami wracając wzrokiem na drogę, którą znałem jak własną kieszeń.
- Metafora, tak? - Powtórzył, z tym swoim irytującym półuśmiechem. - Jasne, niech będzie. - Coś jeszcze mruknął pod nosem, ale nie chciało mi się dopytywać. Szedł za mną, co chwilę zerkając na boki, jakby spodziewał się, że zza drzew wyskoczy na nas cała armia łowców. I może by się tak stało, gdyby tylko wiedzieli że tu jesteśmy.
Resztę drogi przeszliśmy w milczeniu. Czasem tylko wymienialiśmy krótkie, złośliwe uwagi, wystarczająco, by zachować pozory rozmowy i nie zwariować od ciszy. W jego towarzystwie trudno było się nudzić, choć równie trudno go znieść.
W końcu na horyzoncie pojawił się zamek. Ciemny, ciężki od wspomnień, których nigdy nie wymaże z pamięci chociaż wolałbym zapomnieć.
- Oto i mój zamek - Powiedziałem, zatrzymując się przed bramą. - Zapraszam w moje skromne progi. Bierz, co potrzebujesz, tylko nie przesadzaj. Kaczka nie jest aż tak droga. - Otworzyłem drzwi, a chłodne powietrze z wnętrza przywitało nas jak starych znajomych.
Mój towarzysz wszedł do środka, zatrzymując się tuż za progiem, rozglądając po wnętrzu, jakby nie wiedział, czy bardziej się dziwić, czy bać.
- Strasznie tu zimno i ponuro - Mruknął, zacierając dłonie i ruszając w głąb, z wyraźnym zainteresowaniem spoglądając na każdy kąt, jakby już szukał czegoś konkretnego. Złota, diamentów. Czegokolwiek, co błyszczy.
- Wybacz, że nie mam ogrzewania i światła - Odparłem spokojnie, podążając za nim powolnym krokiem. - Wampiry nie odczuwają temperatury. - Dodałem, zatrzymując się przed ciężkimi, żelaznymi drzwiami które przed nim otworzyłem.
- Skoro już tu jesteś, rozgość się - Dodałem cicho, obserwując jego reakcję. - To właśnie mój skarbiec. Pieniędzy ci nie zabraknie… o ile wyjdziesz stąd żywy. - Żartowałem, ukazując swoje ostre kły.

<Człowieku? C:> 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz