Jego słowa mnie nie zaskoczyły. Tak właściwie, były całkiem łagodne. Słyszałem znacznie gorsze rzeczy, jeżeli wielu rzeczy się musi nauczyć. Szkoda tylko, że już nie zdąży. No, ale nie moja to wina. Mógł być grzecznym wampirkiem, który trzyma się z dala od ludzi i żywi się zwierzętami, albo chociaż nie zabija swoich żywicieli.
– Wiesz, jestem także skurwysynem – podpowiedziałem mu, patrząc w górę. Dwie godziny i będzie świtać. Nie ma co wyruszać w drogę, muszę znaleźć jakąś kryjówkę i przeczekać dzień. Oby po przyprowadzeniu go na miejsce czekał na mnie pokaźny mieszek pełen złota.
– Mamusia kurwiła się za półdarmo, że teraz taki pociąg do pieniądza czujesz? – syknął, a ja, niby go niechcący, szarpnąłem go mocniej za srebrny łańcuch. Warknął z bólu, a miejsce, w którym goły metal dotknął jego alabastrowej skóry, od razu zostało poparzone. Na za dużo chyba mu pozwalam.
– Tak, ciężko nam było wyżyć za jedną złotą monetę na tydzień. Na szczęście twoja śliczna buźka zapewni mi życie w luksusie na długie miesiące – poklepałem go po policzku, na co wyszczerzył swoje śliczne kiełki. Aż dziwne, że nie próbował mnie ugryźć... o ile by się przebił przez mój strój, chociaż i tu czekałaby na niego niespodzianka. Wplotłem w strój srebrne nici, właśnie na takie okazje. I chociaż ugryzienie mnie boli, ich to boli jeszcze bardziej. – No już, ruszaj się, albo spłoniesz. Martwy nie jesteś aż tak wart.
Kolejne pociągnięcie i wampir ruszył za mną. Jego oddech był niepewny, ciężki, kroki były nieregularne, czasem próbował się jeszcze trochę szarpać, ale szybko przestawał. Wiedziałem, że tutaj, niedaleko miasta była jaskinia, w której zamierzałem spędzić z nim dzień. Policzę sobie porządnie za takie niedogodności.
Doprowadziłem go do naszej tymczasowej kryjówki akurat o czasie idealnym. Pod koniec trasy nawet sam przyspieszył, chyba przerażony perspektywą spłonięcia w promieniach słońca. Posłusznie się schował w najciemniejszym kącie, byleby jak najdalej od wejścia. Wściekłość zeszła, został strach. Czułem, że zaraz będzie kombinował, jak to mnie ugrać. Nie przepadałem za łapaniem wampirów. Zabijanie ich było znacznie prostsze, nie musiałem słuchać ich pierdolenia i mogłem odpoczywać w gospodzie, nie a jakiejś zatęchłej jaskini, gdzie przez dwa najbliższe dni nie będę spał. To dla mnie nie pierwszyzna, dam sobie radę. Takie zmęczenie to dla mnie nic, o czym on pewnie nie wie.
– Nie chciałem go zabić dla krwi – usłyszałem jego cichy głos, kiedy usiadłem na twardej ziemi i zacząłem grzebać w plecaku. Taktyka na niewiniątko. W sumie, to pasuje do jego wyglądu. Widziałem jego portret, ale zupełnie nie oddaje jego uroku w rzeczywistości. Był strasznie delikatny, wręcz uroczo niewinny. Pierwszy raz mam przed sobą potwora o tak niewinnej urodzie. – Nigdy nikogo nie zabiłem dla krwi. To miała być zemsta. Za moją rodzinę.
– Tak, tak, bardzo smutne. Chyba uronię łzę nad twoim smutnym losem – odpowiedziałem, wyciągając gotowy posiłek. Ani wyspać, ani ciepłego posiłku, ani kawy... – Ale dałeś mi nowy pomysł. Przy chwytaniu takich bestii wprowadzę dodatkową opłatę, za to wasze bezsensowne pierdolenie, którego to ja muszę słuchać.
<Pijawko? c:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz