niedziela, 9 listopada 2025

Od Serathiona CD Eliana

 Czułem, że jeśli nic nie zrobię, umrę i to nie przez ludzi. Oczywiście oni zniszczą moje ciało pustka zniszczy mój umysł. Umrę od tego, że mój świat skurczył się do jednego obrazu, ich twarzy, ich śmiechu, który nagle zgasł. I chociaż myśl o śmierci zaczęła mnie przerażać jak słońce za dnia, nie chciałem jej dodatkowo przyspieszać. Z drugiej strony, jeśli miałbym umrzeć, może to byłby sposób, by ich odnaleźć. Tęskniłem za rodzicami tak, że ból miał smak żelaza w ustach. Kochałem ich i zostałem z niczym. Nigdy nie skrzywdziliśmy nikogo, a mimo to, to oni nas skrzywdzili. To było niesprawiedliwe, nasz plan nigdy nie zakładał takiej rozpaczliwej pustki. Chcieliśmy żyć, ukryć się, zapomnieć o wojnie i obudzić się w ciszy nocy. Szkoda, że nigdy nie dano nam tej szansy, to wszystko zdecydowanie nie było tak jakbyśmy tego chcieli...
Jaskinia była zimna, wilgotna, krople uderzały o skalne stopy z rytmem, który coraz bardziej przypominał mi bicie serca. W milczeniu rozglądałem się, nie zwracając uwagi na jego słowa. Dla niego byłem tylko potworem istotą, która nie potrafiła przystosować się do świata. W jego oczach widziałem pogardę, tę samą, którą czułem, słysząc o naszych zmarłych. A przecież nikomu nic nie zrobiłem, nie z wyboru, lecz dlatego, że moje sumienie trzymało mnie na smyczy. Może to głupie, może słabe, ale oni nie zasługiwali na litość. Zasłużyli na to, co ich spotkało, dostali to samo co zrobili moim bliskim i nie spocznie póki ich nie zabije.
- Bierz, co chcesz - Powiedziałem beznamiętnie, wzruszając ramionami. - Rób też co chcesz. Dla mnie to nie ma znaczenia. Nie mam już nikogo, dla kogo warto żyć. 
 Jego śmiech był suchy jak liść spadający na ziemię 
- Żałosny mały wampirek - Prychnął. - Dużo gadacie, próbujecie urobić każdego, a i tak kończycie jako kupa gówna, na którą nikomu nie zależy. - Słowa kłuły, ale nie przebijały pancerza, który sam na siebie narzuciłem. Mógł mnie nazywać potworem, mógł mnie nienawidzić, ale to oni zaczęli tę wojnę. To oni przekroczyli granice ziem mojego ojca, i to oni zabrali nam wszystko. Ta myśl paliła mnie od środka i rozpalała jedno pragnienie. Nie zemsty w rozumianym sensie niszczenia dla przyjemności, lecz dokończenia sprawy. Żeby móc kiedyś spojrzeć w niebo i powiedzieć, że już nie muszę się bać.
- Może i masz rację - Syknąłem, gdy słowa wychodziły mi przez zęby. - Może jestem kupą gówna na której nikomu nie zależy. Ale to nie ja zacząłem tę wojnę. Oni przekroczyli granicę, spalili nasz dom, zabili tych, których kochałem. Zasługują na karę. Zasługują na śmierć, na tą samą którą zadali im - Czułem, że jestem już bliski celu, jeszcze tylko dwie może trzy osoby i doprowadze sprawę do końca. Potem przyszedłby koniec, cisza nieprzenikniona jak kamień. I może, myślałem z przerażeniem i ulgą jednocześnie, może wtedy znajdę ich twarze wśród cieni.
- Długo myślałeś nad tą historią? - Zapytał, a w jego głosie dało się usłyszeć drwinę.
- Zbyt długo - Westchnąłem, czując że to nie ma sensu, on i tak wiedział lepiej, w tej historii to ta jestem tym złym nie oni, a to drażniło mnie najbardziej, bo to nie ja byłem tym złym, nie tym razem.

<Człowieku? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz