Nie podobało mi się to całe pożeranie dusz, od samego początku budziło we mnie strach i odrazę. A jednak wiedziałem, że bez tego on nie przeżyje, że jego siły nigdy nie powrócą. Rozumiałem to aż za dobrze. Dlatego zaciskałem zęby, zagryzałem wargi i udawałem, że tego nie widzę, wmawiając sobie, że tak będzie lepiej, dla nas obojga.
- Rozumiem… - Wyszeptałem cicho, wtulając się w jego ciało. - W takim razie zrób, co konieczne. Bylebyś tylko poczuł się lepiej. Dla mnie liczy się tylko to. - Oczywiście kłamałem. Każdego dnia czułem coraz większy ciężar. Świadomość, że on zabija ludzi, winnych czy niewinnych rozdzierała mnie od środka. Kim on był, by odbierać życie? No tak demonem. W jego świecie to przecież normalne, część jego natury. A mimo to, ta normalność mnie przerażała. Czasem myślałem, że powinienem przestać o tym wszystkim rozmyślać, bo moja własna dobroć mnie powoli zabijała. Ale co mogłem na to poradzić? Taki już byłem i właśnie takiego mnie kochał. Tak jak ja jego, ponad wszystko, ponad rozsądek, ponad życie.
- Rozumiesz? I tylko tyle? - Zapytał cicho, głaszcząc mnie po ramieniu. W jego głosie brzmiało coś między rozczarowaniem, zaskoczeniem a może nawet czułością.
- Nie będę nic dodawać - Odpowiedziałem po chwili milczenia. - Jeśli musisz zabić, to zabij. Tylko… nie mów mi o tym. Czasem lepiej nie wiedzieć, czasem ja po prostu wolę żyć w niewiedzy, czuję się wtedy znacznie lepiej. - Wiedziałem, że każde słowo, którego nie wypowiem, uratuje mi choć jedną spokojną noc. Niech więc tajemnice pozostaną w cieniu. Niech robi, co musi a ja będę udawać, że nie widzę. Bo czasem miłość wymaga poświęceń których jestem gotów się poddać.
Sorey kiwnął głową, poprawiając się na kanapie. Jego ramiona objęły mnie mocniej, jakby bał się, że zniknę, jeśli tylko na chwilę się odsunie.
- Zobaczymy jutro, jak będę się czuł - Wyszeptał, uśmiechając się słabo. - Na tę chwilę chcę po prostu spędzić czas z moim pięknym mężem... A i może noc kto wie, jeszcze przyniesie nam trochę wrażeń. - Jego głos był niski, lekko zachrypnięty, a dłoń, która wsunęła się pod moją koszulkę, pozostawiała na skórze ślad ciepła. Mimo to czułem, że jego dotyk jest delikatny, ostrożny, bardziej pragnienie bliskości której obaj potrzebowaliśmy.
Wiedziałem, że chce, byśmy się zrelaksowali, zapomnieli o wszystkim choć na chwilę. I to było dobre… lecz nie mogłem pozwolić, by się wysilał. Nie teraz, gdy wciąż był tak słaby, gdy każdy jego wysiłek zdawał się kosztować zbyt wiele siły.
- Noc będzie spokojna - Powiedziałem cicho, głaszcząc go po włosach. - Dzisiaj masz odpocząć. Zebrać siły. Dla mnie to jest najważniejsze. Nie musisz się zmuszać do przyjemności, Sorey. Wolę, żebyś był gotowy, chętny… a nie zmęczony tylko dlatego, że myślisz, że tak trzeba. - Ucałowałem go w czoło, czując jak jego oddech uspokaja się przy moim policzku. - Chcesz, żebym coś dla ciebie zrobił? - Zapytałem po chwili, spoglądając w jego czerwone oczy, które w półmroku błyszczały niczym rubiny. - Cokolwiek, co mogłoby cię choć trochę uleczyć albo sprawić, że poczujesz się lepiej? - Zaproponowałem, gotów do poświęceń.
<Pasterzyku? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz