)Znów wracamy do punktu wyjścia.
Myślałem, że to już za nami, że przeszłość została pogrzebana razem z tamtym światem, tamtą wersją nas. Ale najwyraźniej los lubi drwić z tych, którzy wierzą, że potrafią uciec od przeznaczenia.
Wiem, kim jest. Demonem. Wiem też, kim jestem ja aniołem, serafinem wody, strażnikiem życia, tym który nie powinien nawet wypowiadać jego imienia. Ale te granice od dawna już nic dla mnie nie znaczą. Bo kiedyś był człowiekiem. Kiedyś śmiał się tak, jak śmieją się tylko ci, którzy nie znają jeszcze ciężaru wieczności. Później stał się aniołem, jasnym, dumnym, pięknym jak świt. A teraz… teraz jest demonem.
I mimo to wciąż go kocham. Kocham go tak samo, jak wtedy, gdy stałem obok niego na ślubnym kobiercu i przysięgałem miłość na dobre i na złe, w świetle i w mroku, na zawsze.
Myśląc o tym, położyłem dłonie na jego policzkach. Jego skóra była chłodna, niemal nieludzka, ale w tym chłodzie czułem znajome ciepło, echo dawnego dotyku. Chciałem, by spojrzał na mnie, by na chwilę przestał uciekać w ciemność, którą sam wybrał.
- Spójrz na mnie - Wyszeptałem. - Nie odwracaj wzroku. W jego oczach błysnęło coś, co mogło być żalem do siebie samego, za to co się wydarzyło i za to kim się stał.
- Kotku, pamiętasz dzień, w którym wzięliśmy ślub? - Zapytałem cicho, niemal szeptem, jakby wspomnienie tamtej chwili mogło pęknąć, jeśli wypowiem je zbyt głośno. - Ten pierwszy... gdy byliśmy jeszcze w związku ludzko anielskim a potem ten drugi ślub, już wtedy, gdy on stał się tak jak i ja aniołem. - Pamiętasz, co sobie wtedy przysięgaliśmy? - Zapytałem, nie odwracając wzroku. Patrzyłem głęboko w jego oczy, szukając w nich odbicia dawnej przysięgi, blasku tamtej chwili. Na jego twarzy pojawił się cień, mieszanka wzruszenia i melancholii.
- Pamiętam - Odparł po chwili. Jego głos był miękki, ale pełen ciężaru wspomnień.
Mimo to nie powiedział tego, co chciałem usłyszeć.
- Więc jak brzmiało? - Dopytałem łagodnie, przesuwając dłonią po jego policzku. Jego skóra była chłodna, niemal idealna, jak przystało na demona.
Zamknął oczy na moment, jakby chciał przywołać słowa z najgłębszych zakamarków pamięci. Gdy znów na mnie spojrzał, w jego spojrzeniu było coś niezwykle czystego.
- Przysięgaliśmy sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską - Powiedział spokojnie. - I że się nie opuścimy aż do śmierci... - Zamilkł, a po chwili dodał szeptem: - A nawet i po za nią.
Bo przecież śmierć nigdy nie była w stanie nas rozdzielić. - Zauważył, wywołując uśmiech na mojej twarzy.
- Właśnie tak. Obiecaliśmy sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Obiecaliśmy, że nigdy nic nas nie rozdzieli. - Pogładziłem jego chłodny policzek nie odrywając od niego wzroku. - Ja dotrzymam tej obietnicy, nawet jeśli czasem stajesz się kimś, kogo trudno mi rozpoznać. Nawet jeśli bywasz przerażający, bo wiesz każdy z nas nosi w sobie swoje demony, każdy z nas potrafi stać się niebezpieczny. Ale ja wciąż cię kocham i nie chcę cię stracić, bez względu na wszystko - Wyszeptałem, łącząc nasze usta w namiętnym pocałunku.
<Pasterzyku? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz