niedziela, 9 listopada 2025

Od Serathiona CD Eliana

 Westchnąłem, nie specjalnie mając ochotę od razu wstać, to przecież nie było konieczne, nic nie zmieni i ja doskonale to wiem.
- Chyba naprawdę wolałbym już tu zginąć. Może wtedy wreszcie wszystko by się skończyło, ten bezsens, to ciągłe uciekanie, ta świadomość, że gdzieś tam, w ciemności, czekają ci, którzy pragną mojej śmierci. Nie zrozumiesz tego. Oni nie chcą sprawiedliwości, tylko zemsty. Za coś, co sami sprowadzili na siebie. Wystarczyłoby, żeby nigdy się do nas nie zbliżyli. Wystarczyłoby, żeby nie przekroczyli tej granicy. To oni zaczęli tę wojnę, a teraz płacą cenę. Zbierają tylko to, co sami zasiali. I choć wiem, że nie jestem bez winy, to nie ja sprowadziłem ten chaos. - Wyjaśniłem, wiem że mówienie tego nie ma sensu, go i tak to nie obchodzi, a ja nie wiem po co w ogóle do niego mówię.
Ruszyłem za moim oprawcą, łańcuchy ciągnęły się po ziemi jak ślady po błędach przeszłości. Metal wbijał się w moją skórę, rozdzierając ją przy każdym kroku. Z każdym ruchem traciłem cząstkę siły, ale nie godności. Opór nie miał sensu, jeszcze nie teraz.
- Jesteś zbyt spokojny - Powiedział. Jego głos był szorstki, zmęczony, jakby sam nie był pewien, czy chce mnie prowadzić, czy po prostu ma mnie już serdecznie dosyć. Co ty kombinujesz? - Szarpnął za łańcuch, a ja zachwiałem się, czując ból promieniujący przez ramiona.
- Hej, nie tak ostro, nic ci nie zrobiłem, po za tym nic złego nie robię. Z resztą co miałbym robić? - Odpowiedziałem, unosząc wzrok. - Mój spokój cię drażni, łańcuch wrzyna mi się w skórę, więc powiedz, co mógłbym wykombinować? Niewiele mogę zrobić. Poza tym… nie zabijam bez powodu. - Burknąłem, puszcząc swoje policzki.
- Nie zabijasz bez powodu? - Prychnął. - To ciekawe. Jesteś potworem, wy zawsze zabijcie dla zabawy - Syknął, unieruchamiając moje ciało, mogąc usiąść dalej i odpocząć.
- Ja jestem potworem? A ty schwytałeś mnie, bo liczyłeś na pieniądze, żałosne Mruknąłem spokojnie.
- Schwytałem cię dla pieniędzy nie dla rozrywki - Gadał dalej o pieniądzach, chociaż nie wiedząc czy na prawdę w ogóle je dostanie.
- Wciąż gadasz o tej kasie, a skąd wiesz, że ją dostaniesz? - Zapytałem, unosząc jedną brew, patrząc na niego z widocznym rozbawieniem w oczach.
- A skąd ty wiesz, że jej nie mają? - Syknął, zaciskając dłonie w pięści.
- Bo znam ich lepiej niż ty - Powiedziałem twardo. - Wiem, jak działają, co myślą, co planują. A jeśli to pieniądze są wszystkim, czego chcesz… mogę ci dać więcej, niż oni kiedykolwiek by zaoferowali. - Cisza, jaka zapadła po tych słowach, była cięższa niż łańcuch, który mnie krępował. Widziałem, jak w jego oczach coś się poruszyło, może cień wahania, może zaczął mi wierzyć a może nie, jeszcze nie wiem, chociaż pewnie się już niedługo dowiem.
- Ależ ty mnie wkurzasz, może się już zamknąć?! - Rozkazał, trochę unosząc głos chcąc mnie chyba trochę przestraszyć, no naprawdę doskonale mu idzie.
- Uuu, leż to było groźne, pociąga mnie ta, zabawa - Zadrwiłem, szczerząc się do niego głupkowato.

<Rudy towarzyszu? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz