Stałem nad truchłem, a świat wokół zwęził się do dwóch rzeczy. Głodu w żołądku i żar nienawiści w piersi. Ból pulsował w każdym mięśniu, a myśli krążyły wokół prostego wyboru, umrzeć tu z pustym brzuchem albo zjeść i dotrwać do chwili, gdy będę mógł wyrównać rachunki. Martwego mnie nie zaprowadzi. Martwy nie pomszczę moich bliskich. Dlatego musiałem zebrać siły, choćby cena miała być najwyższa.
Wstrzymywałem oddech, odwracałem wzrok, gryząc wargi tak mocno, że smak metalun mieszał mi się na języku. Wyobrażałem sobie wszystko, truciznę w mięsie, jego obojętność, plan po co miałby mi dawać coś, co mnie wzmocni? Oczywiście, mógł mnie osłabić, mógł mnie zabić ale gdyby mnie zabił, nie zgarnąłby pieniędzy. To była prosta, okrutna logika. I to ona, a nie uczucia, kazała mi wrócić wzrokiem do tego, co leżało przede mną.
Mężczyzna przy ogniu nie patrzył na mnie dłużej niż to konieczne. Jego twarz była spokojna, tak jakby patrzył na koniec czegoś zwykłego i nieuniknionego. Gdy zerknąłem na jego soczyste i upieczone mięso, coś w środku pękło. Nie mogłem się dłużej oszukiwać, pragnienie, to pierwotne, głębokie pragnienie, rosło z każdą chwilą. Krew wypływając z zwierzaka błysnęła w świetle ognia, jeszcze ciepła, pachnąca życiem. Sięgnąłem dłonią w stronę martwego zwierzaka i wgryzłem się w nie.
I tobie nie z radością którą mógłbym czuć gdybym mordował tych którzy na to zasługują. Lecz z desperacją. Smak krwi uderzył mnie nagle. Gorąca, słona, bliższa temu co znałem kiedyś, a co zdążyłem już zapomnieć.
Z każdym łykiem czułem, jak siła wraca powoli do kończyn, z każdym ugryzieniem zacierały się lęki i wątpliwości. Może zatruł to mięso, myśl pojawiała się i znikała, ale jeśli miałem umrzeć, wolałem umrzeć próbując żyć niż czekać bezczynnie.
W głowie powracały obrazy tych, których straciłem. Ich twarze, ich głosy, ich bezsilność, to one podsycały mój gniew. Jeśli on rzeczywiście opuści miasto z pieniędzmi, podstawiając mnie tu samego muszę mieć siłę aby się bronić.
~ Muszę być silny, muszę działać. ~ Pomyślałem o zemście nie jak o końcu, lecz jak o jednym, koniecznym kroku, najpierw przetrwać, potem zawalczyć a na końcu uderzyć w najsłabszy jego punkt.
Kiedy ponownie spojrzałem na mężczyznę, jego oczy spotkały moje. Bez słów obserwował mnie z uwagą, w tej ciszy, między oddechami i trzaskiem ognia, patrzyliśmy na siebie jak ofiara i zabójca, walka na spojrzenia której żaden z nas nie chciał przerwać...
Wyrzuciłem gdzie w bok surowe mięso, które do końca zdołałem pozbawić krwi, czując powracającą siłę której brakowało mi jeszcze chwilę temu, mogłem spróbować znów zawalczyć, mogłem spróbować się uwolnić i pewnie by tak było gdyby nie łańcuch, on naprawdę chciał mnie wykończyć, a to bolało niemiłosiernie.
- Co zrobisz z pieniędzmi które ci dadzą? Oczywiście o ile w ogóle ci dadzą - Mruknąłem, z uwagą obserwując jak kończy swój posiłek.
- Co cię to w ogóle obchodzi? - Dopytał, unosząc jedną brew ku górze.
- Pytam z ciekawości, a nie dla tego że mnie to obchodzi, tym bardziej, że zobaczysz tę kasę jak świnia niebo - Mruknąłem, próbując się wydostać nawet jeśli to nie było możliwe.
<Rudzielcu? C:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz