niedziela, 9 listopada 2025

Od Soreya CD Mikleo

 Nie było chyba już nic, co takiego mój mąż mógłby dla mnie zrobić. Dał od siebie wszystko. To ja teraz ciągle zawalam sprawę. Jestem za słaby, by zrobić dla niego cokolwiek. A przecież to miały być wspaniałe dwa tygodnie. Mieliśmy się cieszyć sobą, mieliśmy mieć miłą wyprawę, Miki miał się poczuć jak za dawnych lat, kiedy to byłem człowiekiem, młodym i głupim. Czasem się zastanawiam... czy on nie tęskni za tymi czasami? Kiedy byłem zupełnie inny, niewinny i dobry. Kiedy do niego pasowałem. Bo teraz... teraz na pewno są chwile, kiedy się mnie boi. Zwłaszcza, kiedy zabijam, popełniam grzechy, które go bolą i krzywdzą. 
Może jednak nie zasługiwałem na niego. Może... nie powinno mnie tu być. Mikleo powinien znaleźć sobie kogoś lepszego. W Azylu jest mnóstwo dobrych osób, i dobrych aniołów, z którymi byłby szczęśliwy. Czemu chciał ze mną być? Przecież nie pasowałem do niego. Demon, anioł... Strasznie się ze sobą żarliśmy, i nie powie mi, że nie. Czasem sobie myślę, że jego Bóg może mieć rację. Że nie powinien ze mną być. Że lepiej mu byłoby beze mnie. Pewnie gdyby trochę beze mnie pożył, przyzwyczaiłby się. A gdyby miał przy sobie kogoś dobrego, zapomniałby. Mój pierwszy plan, w którym Lailah mnie neutralizuje, to był najlepszy plan. Miki już raz się pogodził z moją śmiercią... teraz też by dał radę. Mój zapach nie wabiłby demonów. Byłby bezpieczniejsi, dzieci byłyby bezpieczniejsze, i już na pewno szczęśliwsze. Teraz i tak tu niewiele robię. Odpowiadam za bezpieczeństwo przed niebezpieczeństwem, które to sam przywołuję. Gdyby nie ja, dalej mieszkaliby w stolicy. Lub w Azylu. Cóż, na pewno w bardziej bezpiecznym miejscu niż to. 
– Może nie powinno mnie tu być z tobą być – powiedziałem cicho, niepewnie, tuląc go do siebie i trochę ignorując jego wcześniejsze pytanie. 
– Znów masz te dziwne myśli? – odpowiedział, siadając okrakiem na moich kolanach. Zaraz też położył dłonie na moich policzkach, nie spuszczając ze mnie wzroku. 
– Nie są dziwne. Są prawdziwe. Demon i anioł... może niektórzy mają rację? Że nie powinniśmy być razem? Brzydzisz się mną, i tym, co robię. Przeze mnie co chwila jesteście w niebezpieczeństwie. Im bardziej próbujemy być razem, tym bardziej świat pokazuje nam, jak bardzo nas nie chce razem. Nie jesteś zmęczony tą ciągłą walką? – spytałem, opierając czoło o jego ramię. Cokolwiek bym nie zrobił... jestem tym złym. Jakkolwiek bym się nie starał, to moja wina. Ileż można walczyć? Chociaż mam w sobie mnóstwo siły, też czasem mam dosyć, i chcę tylko tego, by świat co chwila nie rzucał nam kłód pod nogi. Naprawdę niewiele oczekuję od świata. 

<Owieczko? c;

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz